platforma blogowa portalu
nowiny

Nie-ma-wrogości bez „Solidarności”!

Jeszcze słyszę ter ryk setek gardeł 11 listopada pod wawelską katedrą: „Nie ma wolności bez „Solidarności”! To był 1983 – 4 – 5 rok, potem były już tysiące gardeł. I nawet, jeśli ten gość obok, to był ubecki prowokator, darł mordę może głośniej niż inni, nie przeszkadzało. Jeszcze widzę, jak trzech gości dopada młodego człowieka, skulonego na bruku ul. Gołębiej, wyciągają spałowanego, półżywego z chmury gazu łzawiącego, nie bacząc, że sami lada chwila dostaną szturmowymi pałami. To była prawdziwa solidarność, przez malutkie „s”. Ale jaka wielka za to.

W 30 rocznicę powstania ruchu myślę sobie, że największym zwycięstwem „S” (z wielkie literki) jest to, że mogą opluwać się wzajemnie uroczyście, oficjalnie, przed kamerami i pod krawatami, a nie w podziemiu, gdzie plucia nikt nie zauważy. Na jubileusz gdański głównodowodzący „S” zaprosili Tuska, Komorowskiego, Borusewicza po to, żeby ich wygwizdać i wybuczeć. Publicznie i przed kamerami. Trochę wbrew staropolskiej tradycji, że pod dachem gospodarza gościom włos z głowy spaść nie może. Kaczyński dostał burzę braw za to również, że opluł I Tuska, i Komorowskiego, Mazowieckiego, nawet śp. Geremka opluł. W skoku wzwyż mistrzem pewnie nie jest, ale w pluciu dostałby medal olimpijski. Postkomuna, pardon, działacze lewicowi średnio – starszego pokolenia, zacierała ręce z uciechy.

Nikt mnie nie przekona, że białe jest białe, a czarne jest czarne, że „Solidarność” solidarność znaczy. Mamy tendencję do mnożenia świąt. Dla własnego dobra powinniśmy unikać świąt, rocznic i jubileuszy. Będzie mniej okazji do opluwania.