platforma blogowa portalu
nowiny

Tour de paranoja

Czesław Lang rankiem w Kielcach pewnie dopiero wstawał z łóżka, kiedy tłum policjantów w Rzeszowie zablokował ulice połowy miasta. Duzi chłopcy jeszcze nie wsiedli na swoje rowerki, bo dopiero kończyli w Kielcach śniadanie, kiedy zdezorientowani kierowcy w Rzeszowie wściekali się, że nie mogą na czas dojechać do roboty, bo służby porządkowe w mundurach przeganiają ich od objazdu do objazdu. Służby kiepsko były zorientowane, skąd, dokąd i jak można dojechać. W powietrze Rzeszowa poleciały przez uchylone szyby samochodów pierwsze głośne poranne k…wy. Z biegiem czasu ich przybywało.

Południe. Duzi chłopcy w Kielcach przygotowują się, żeby wsiąść na wypasione rowery, w Rzeszowie od kilku godzin trwa pendemonium. Trasa z dworca PKP pod zamek trwa zwykle 10 minut, ale tym razem tour jedzie, więc zablokowano ul. Cieplińskiego. 10 minut zamienia się w 40 minut, bo nikt nie jest w stanie powiedzieć, jak cholerstwo ominąć. Wokół ronda pod pomnikiem w powietrzu kumulacja ku…w. Niekiedy w towarzystwie „pie…ych kolarzy”. Ci spoza Rzeszowa i nie znający miasta obłąkańczo jeżdżą wokół ronda raz po raz, nie wiedząc, jak wydostać się z pułapki. Z wnętrza samochodu na jasielskich numerach dobywają się rozpaczliwe: „poje…ny pomysł” i „na ch…j komu ten wyścig”. Żeby przytoczyć najbardziej cenzuralne. Słychać wyraźnie, szyba samochodu spuszczona, bo na zewnątrz upał koszmarny. Jak zdoła uciec z ronda, to czeka go długie zwiedzanie miasta, ponieważ nawet miejscowi jeżdżą w tę i w tamtą, bo zablokowane to, z czego swobodnie korzystali na co dzień. Lada chwila z Kielc ruszy wyścig kolarzy. W Rzeszowie wyścig zmotoryzowanych trwa od rana.

Popołudnie, godziny szczytu, ludzie wyjeżdżają z roboty do domu. Obiad nieprędko, może dopiero wczesna kolacja, bo chłopcy na rowerach mają już tylko 100 km do Rzeszowa. Czyli będą na miejscu za jakieś 2 godziny, ale pół miasta jest sparaliżowane. Po obu stronach zapory czterech policjantów rozpaczliwie macha ośmioma rękami, żeby zapanować nad chaosem na drodze, a chaos koszmarny, bo pół jedni zarezerwowane dla cyklistów. Puściutkie pół jedni, czyli dwa pasy. Na dwóch pozostałych w obie strony o przeżycie walczą setki pojazdów dużych i małych, i nie ma zmiłuj się. Dla tych, którzy próbuje w ten gąszcz wjechać z boku nie ma ani zmiłuj się, ani litości. Średnia prędkość – 1 km na godzinę, a żar z nieba leje się koszmarny. Z czoła korka wymknęła się grupka „ku…w” i „pie…ych kolarzy”, ale szybko dogonił ją peleton „ku…w” z pozostałych pojazdów, kiedy okazało się, że karetka na sygnale próbuje przebić się przez gąszcz samochodów. Przepisy i dobre obyczaje nakazują zrobić przejazd, ale przejazdu zrobić się nie da, bo towarzystwo stoi zderzak w zderzak. Gość zza kierownicy volkswagena tuż obok ryczy do słuchawki telefonu coś o „poj…nym mieście z poj…nymi władzami” i że „za ch…ja” nie zdąży odebrać z lotniska jakiejś delegacji. Próbuje przekrzyczeć powolutku, naprawdę powolutku, zbliżającą się syrenę karetki, a jego próbuje przekrzyczeć facet w fiacie, tuż za nim. I ryczy, żeby ten z VW „wyp…lał gdzieś na bok”, bo karetka jedzie a ten TIR za nim zaraz „rozwali mu d…pę”, bo też próbuje się usunąć. Gość w VW ma do wyboru: albo przywalić w mój wóz, jak odbije w lewo, albo w prawo – wskoczyć na krawężnik na kilkanaście centymetrów wysoki. Wybiera wariant B i za moment słychać zgrzyt urywanego o krawężnik zderzaka volkswagena. Nie słychać za to, co kierowca o tym myśli, bo zagłusza go ryk syreny mijającej nas właśnie karetki, która spieszy do chorego z zawrotną prędkością 5 km/h. Pacjentowi zdrowia życzymy. Jak przeżył. Karetka przeciska się dalej między jakby oszalałymi samochodami, miotającymi się to w przód, to w tył, to na boki, byleby jakoś uciec przed tym wyciem, a tuż obok dwa puściutkie pasy jezdni. Zarezerwowane dla cyklistów, którzy mają do Rzeszowa już tylko malutkie półtorej godziny. Chór ku….w zza szyb samochodowych wzbija się pod niebiosa przy akompaniamencie nie milknących gwizdków policyjnych.

Skręcam w boczną, przede mną wyłania się cyklista – amator. Mam ochotę wziąć go pod koła.

A Tour de Pologne w Rzeszowie nie „po ch…j”, tylko na chwałę miasta. Chwałę za 350 tysięcy, jakie podatnicy zapłacili za rozkosz ujrzenia przez kilkanaście sekund drugiej ligi światowego kolarstwa. I koncerny paliwowe zarobiły, bo trochę benzyny w korkach poszło. Na naprawie volkswagena zarobił serwis, zarobili przede wszystkim duzi chłopcy na rowerkach, bo przecież ten tour to impreza komercyjna. I zapraszamy za rok. Zapraszamy jak najdalej od Rzeszowa, żeby nie było przymusu zbiorowego łamania ustawy o języku polskim.

Poeci protestu

Kiedy wczytać się w malowane na banerach hasła protestujących przeciwko temu i owemu, można odnieść wrażenie, że protesty organizowane są albo przez kretynów, albo dla kretynów, albo „dwa w jednym”. Infantylizm haseł jest tak porażający, że lekturą zażenowany byłby uczeń podstawówki. Może być skrajnie głupio, byleby tylko się rymowało. Bo specyfiką polskich haseł „protestanckich” są tzw. rymy częstochowskie. Mądrze być nie musi, byle końcówki współbrzmiały i w miarę rytmicznie było.

Niedawno w centrum Rzeszowa pijących pikietowała kilkuosobowa grupa niepijących emerytów i rencistów, którzy swoje w życiu już wypili, teraz przestali i bronią tym, którzy łyknąć jeszcze mogą. „Gdy się piwem raczysz skrycie nie wiesz co to znaczy życie” – waliło po oczach w ciemnej zieleni. Aż się chce odkrzyknąć: „Nowotworu chcesz uniknąć, to dwie setki musisz łyknąć”. Na niebiesko razi spojówki: „Dobra dzieci nie szanuje, który piwo reklamuje”. Protestantowi rytm się zgubił, ale rym częstochowski uparcie wypracował. My przechodzimy do kontrataku poetyckiego, pokonując przeciwnika rytmem: „Walnij Tyskie, flaszkę sprzedaj, dziecku z głodu umrzeć nie daj”. Pani w okularach dobrała sobie do sukienki twarzowy fiolet hasła: „Serce dziecka zdrowo bije, gdy matka piwa nie pije”. Widać kolor i tu ważniejszy od zasad poetyki, ale my się nie dajemy: „Bania wódy, szklanka wina, żeby zdobyć uśmiech syna”. Fiolet wraca na tablicę, rytm wciąż wrócić nie może, ale rym wciąż obowiązuje, a protestanci lecą w wartości chrześcijańskie, zapominając o Kanie Galilejskiej: „Niechaj żaden się nie łudzi, trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi”. Cios wartościami trochę nami zachwieje, ale przecie i my potrafimy: „Trochę piwa, trochę groga i już będziesz bliżej boga”.

Nienadówka też poezją natchniona: „W rządzie łapówki, a za nasze domy ani złotówki”. Wchodzimy w tę konwencję: „Trza mieć łeb i nie być gapą, wejść do rządu i brać w łapę”. Uppps! Zasada częstochowska nam się ukruszyła, to wracamy do Rzeszowa pod urząd wojewódzki, gdzie twórczo rozwinęli się narodowcy: „Naród obudzimy, III RP obalimy”. A wydawałoby się, że rozmiłowani w iście wojskowo – marszowej dyscyplinie potrafią zachować rytm. Nie potrafią, ale my tak: „Obal flaszkę, nie ojczyznę, bo ci z tęczy w glana piz”… Się trochę zapędziliśmy, wiejemy, a za nami słychać zbliżający się tupot glanów. W samą porę dopadamy miejsca, w którym nas uratują: pod urząd marszałkowski, gdzie protestuje pogotowie – a jakże – ratunkowe: „Pogotowie państwowe, a nie piórowe”. Ni cholery nie wiadomo, o co chodzi, ale spróbujmy: „Pomyślności, szczęścia, zdrowia? To unikaj pogotowia”. Gonimy na rzeszowski rynek, bo tu garstka emerytów protestuje przeciwko ministerialnemu pomysłowi posłania sześciolatków do szkół. Poezją protestuje, a jakże: „Gdy posłowie lud odrzucą swą poselską służbę skłócą”. Znać, że autor za późno zaczął edukację, ale my się i tak wpasujemy: „Ani z miedzy, ani z roli, poseł przecie z ludu woli”. Pan, który edukację skończył za późnego Gierka, dzierży w dłoni na fioletowo: „6-latki – dziatwa szkolna, jaka błędna to reforma”. Nie damy się fioletowi: „Gdy włos siwy, zmarszczek masy, znaczy – czas do pierwszej klasy”.

Na zjawisku można zrobić doktorat, a jeszcze i na habilitację wystarczy. Najbardziej wzniosłą ideę można idiotycznymi hasłami i przedszkolną rymowanką pogrążyć w infantylizmie. Na koniec: „By skutecznie protestować, trzeba myśleć, nie rymować”.