platforma blogowa portalu
nowiny

Śmierć nie jest słodka

Powstanie Warszawskie to „katastrofa narodowa”, z której winniśmy wyciągnąć wnioski – o minister spraw zagranicznych. „Powstanie Warszawskie to jedna z największych klęsk w dziejach naszego narodu” – to prezydent Stalowej Woli. Wciąż jeszcze niemal soliści w swoich poglądach, ale i w tłumie milczących słuchaczy znalazłoby się wielu, którzy zaśpiewaliby na tę samą nutę. Bo jak można wysłać do piachu 200 tysięcy ludzi, żeby osiągnąć cel nieosiągalny? Z głęboko pochylonym czołem trzeba czcić pogardę śmierci i bohaterstwo tych chłopców i tych dziewczynek, które w imię wolnej ojczyzny ze starym visem i butelką benzyny biegli na hitlerowskie czołgi. I nie wolno stawiać pomników tym, którzy tę dzieciarnię w bezsensowny bój posłali. Bo niczego nie nauczyli się z historii swojej ojczyzny, a za swoje niedouczenie kazali płacić innym.

Apologetów bezsensownych zrywów patriotycznych wciąż nie brakuje. Sławimy powstańców styczniowych, choć powstanie wybuchło niemal wyłącznie dlatego, że konspiratorzy bali się dekonspiracji. Wieszcz Mickiewicz może sławić pamięć o powstaniu listopadowym, ale jakoś jemu samemu do brony było niespieszno. Kilka miesięcy nasłuchiwał w Rzymie „co tam panie na froncie”, a kiedy wybrał się już na odsiecz powstańcom, to przez pół Europy. Jak już dotarł, to było po wszystkim. W opracowania krytycznoliterackich do dziś uchodzi za niemal wzorzec patriotyzmu. To Horacy napisał w „Pieśniach” – „Jak słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę”. Nigdy za nią nie umierał, nawet nie próbował umierać. Zwiał z pola bitwy pod Filippi. Apologetów heroicznego umierania za cokolwiek, także za ojczyznę, można szukać wyłącznie wśród żywych. Martwych nikt nie pytał, czy „słodko im było umierać”. A tylko oni mogą odpowiedzieć na pytania – czy warto było.

Od dwóch stuleci pokutuje w nas romantyczne przekonanie, że „słodko i zaszczytnie jest”, że najwyższą formą patriotyzmu jest wyzionąć ducha z okrzykiem „za wolność waszą i naszą”. No, umierać to my naprawdę potrafimy, za ojczyznę szczególnie. Tylko życie dla niej jakoś nam nie idzie i jakoś żyć dla niej się nie nauczyliśmy. Może rzeczywiście „warto wyciągnąć lekcje także z tej narodowej katastrofy” – jak chce minister Sikorski. Żeby w przyszłości nie było potrzeby wysyłania kolejnych 200 tysięcy ludzi na śmierć. W imię niczego, bo ojczyzna nie miała z tej hekatomby żadnego pożytku.