platforma blogowa portalu
nowiny

Głodni historii

Nie jeść publicznie, żeby lekcje historii wróciły do łask ministerstwa edukacji? Bo nie jedzono już w Warszawie, w Siedlcach, Tarnowskich Górach, w Częstochowie też zamierzają nie jeść. W Rzeszowie NSZZ Solidarność oprotestowała publicznie redukcyjno – historyczne pomysły ministerstwa, czego wynika, że sfera zainteresowań związku zawodowego rozciąga się od spraw łóżkowych (in vitro) po edukacyjne.

Problem nie w tym, ile czasu przeznacza oświata na lekcje historii, tylko jak ten czas wykorzystuje. Bo na razie wykorzystuje ze skutkiem marnym. Pod budynkiem Uniwersytetu Warszawskiego reporterzy urządzili polowanie na orły wiedzy historycznej i okazuje się, że przytłaczająca większość młodych ludzi (ok. 20 lat) nie jest w stanie rozszyfrować skrótu PRL. I nie ma pojęcia, że facet na okazanej im fotografii to Tadeusz Mazowiecki. Upierali się, że powstanie listopadowe było poprzedzone powstaniem styczniowym. Jeśli po dekadzie edukacji opuszcza się szkoły z taką wiedzą o dziejach własnego narodu, to może ten czas lepiej przeznaczyć na matematykę. Bo z liczeniem też u nas kiepsko.

Manifestacje polityczne i głodówki w obronie kiepsko prowadzonych lekcji historii, to trochę wyraz pseudopatriotyzmu. Lekcje historii nie powinny być, jak „lusterczko powiedz przecie, który naród najpiękniejszy na świecie?”. Mniej więcej rzetelna wiedza historyczna nie pozwoli na narodowe narcyzmy. Gdyby w szkole nauczyli dziatwę, że papież Grzegorz XVI nazwał powstańców listopadowych „podłymi buntownikami”, to po kraju nie krążyłaby bzdurna opinia, że Kościół jest fundamentem polskości. Gdyby uczyli, że Piłsudski, nim stanął na czele Legionów, był arcysprawnym terrorystą, a z Dmowskim dzielił go nie tylko spór polityczny, ale także nigdy nie wygasły spór o kobietę, lekcje historii w szkole byłyby bardziej interesujące. Gdyby dodano, że Dmowski upierał się, że niepodległość Polski trzeba odzyskać, szukając protekcji w Moskwie, to dzisiejsi narodowcy może przestaliby się do niego modlić. Gdyby przypominać, co o Powstaniu Warszawskim mówił generał Anders, może trochę inaczej ocenialibyśmy nasze pomnikowe wydarzenia historyczne. Gdyby dorzucić, że byli Ulmowie z Markowej, ale była też Gniewczyna Łańcucka (nie wspominając o Jedwabnem i wielu innych takich miejscach), to może przestalibyśmy się mienić narodem herosów moralnych.

Byłbym gotów zacząć współgłodować z protestującymi, gdyby szkolne lekcje historii były o historii. A nie lekcjami samozachwytu.