platforma blogowa portalu
nowiny

Europa nam tetryczeje

Jak bogata, stara, obwieszona biżuterią dama „z pretensjami”. Wciąż jeszcze jej się wydaje, że coś może, że wciąż jest uwodzicielsko powabna, że ma moc sprawczą i wszyscy się z nią liczą. U drzwi jej domu, bo na Krymie, dzieją się rzeczy zadziwiające i zatrważające, Kreml stosuje półjawny sabotaż i dywersję, tymczasem Kaśka baronessa Ashton, której powierzono funkcję superministra unijnego ds. zagranicznych, wydała z siebie miauknięcie, jakoby „nic się nie stało, chłopaki, nic się nie stało”. USA grzmią na Rosję za Krym, Unia Europejska zajmuje się slimami, jakby cienkie papierosy stanowiły w tej chwili największy problem starego kontynentu. Długo już tak jest. Kiedy europejski przedsiębiorcy alarmowali, że Chiny tanim towarem zalewają Europę, likwidując tym samym produkcyjne stanowiska pracy w Europie, Parlament Europejski tygodnie całe poświęcał na prostowanie bananów i zaokrąglanie pomidorów, bo frukta swoje normy muszą mieć. Kiedy kijowski Majdan wrzał, panie i panowie z Brukseli z troską pochylali się nad problemem, czy wędzone szkodzi. Dlatego „pieprzyć UE” – jak wyrwało się amerykańskiej dyplomatce Victorii Nuland w rozmowie z ukraińską opozycją.

Islandia właśnie zastanawia się, czy nie wycofać swojego wniosku o członkostwo w Unii. 300 tysięcy ludzi, żyjących z ryb i hutnictwa aluminium, rozważa, do czego właściwie potrzeba jest im ta zadowolona z siebie niby – potęga gospodarcza i polityczna. Wielka Brytania powoli dochodzi do wniosku, że niegdyś weszła do rodziny, którą dziś toczy polityczna demencja starcza, artretyzm gospodarczy, która niedowidzi, niedosłyszy, a która panicznie boi się podejmować spektakularne decyzje. Gruzja wprawdzie aspiruje do Unii, ale nie ukrywa, że jej starszym bratem jest USA, bo Unia to twór bezwolny. Entuzjastyczna dla UE Ukraina powoli zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że na Starą Europę liczyć się nie da, a Rosja niemal jawnie z niej kpi. Dlatego „Pieprzyć UE”, jak rzekła…

Może czas, by inaczej spojrzeć na ten twór. Jak na starszą panią, z opinią której trudno się liczyć, bo dawno straciła kontakt z rzeczywistością. Od której trudno oczekiwać pomocy, bo sama sobie pomóc nie potrafi. Owszem, można korzystać z jej emerytury, której udziela mniej lub bardziej chętnie w złudnym poczuciu, że daje jej to jakąś władzę, ale nie traktować poważnie jej starczego pouczania, jak bardzo proste mają być banany, okrągłe pomidory, cienkie papierosy i wędzona krakowska. Dlatego „Pieprzyć UE”, ale dyskretnie, z uszanowaniem, należnym siwej głowie.

Łóżko a sprawa polska

„Czy chcesz dopuścić, aby media jeszcze bardziej promowały zachowania homoseksualne, bojąc się oskarżeń o dyskryminację i odpowiedzialności finansowej?
Czy chcesz doprowadzić do sytuacji, w której Twoje dziecko będzie zmuszane do wzięcia udziału w zajęciach prowadzonych przez tzw. seksedukatorów promujących „różne wizje seksualności?”
Bo jeśli nie chcesz, to napisz w proteście do marszałek Kopacz, najlepiej za pośrednictwem Jacka Sapy, Prezesa Centrum Wspierania Inicjatyw dla Życia i Rodziny, co ten ostatni proponuje publicznie. A wszystko po to, by powstrzymać dyktat homoseksualnej mniejszości wobec heteroseksualnej większości. A dyktat może być prowadzony, bo heteroseksualna większość boi się posądzeń o dyskryminacje kochających inaczej niż owa większość.

Strach i groza, ognie piekielne i Armageddon. Lada dzień cioty wpakują wszystkich macho do rezerwatów. Albo macho wepchną homoseksualnych do podziemia.
A prosty rozum kalkuluje: jak wolę kobitki, to żadna tęcza i żadna parada równości mnie nie zmuszą do tulenia faceta. Prosty odruch tolerancji podpowiada: jak ktoś woli sypiać we dwoje, ale jednopłciowo, to niech sobie sypia, a heterykom wara od tego. I problemu by nie było, gdyby każdemu pozostawić wolność tego, jak i z kim chcą sypiać, tymczasem po narodzie przetacza się dyskurs społeczny o homofobiach, o gender, o prawach i bezprawiu w łóżku i poza łóżkiem uprawianych. Heterykom nie podoba się, że homisie wypełzają na ulicę i manifestują, że lubią być homisiami. Bo przecież heterycy nie manifestują publicznie, że wolą kombinacje różnopłciowe. Homisiom nie podoba się, że heterycy zabraniają im małżeństw błogosławionych ustawowo, co daje szereg przywilejów. Jakby zapomnieli (nie chcieli wiedzieć?), że małżeństwo i jego przywileje państwowe nie wynikają z tego, że dwoje ludzi lubi trzymać się za ręce. Że państwo ustanawia przywileje dla małżeństwa, bo małżeństwo daje narodowi zdolność prokreacji, czyli ciągłość istnienia. A że związek homoseksualny nie daje, więc za co przywileje?

Skrajni heterycy straszą nas dyktatem homisiów i genderyzmem i upadkiem rodziny. Homisie straszą nas posądzeniem o dyskryminację, co w demokracji uchodzi za grzech ciężki, a niewybaczalny. Pierwsi wyłażą na ulicę, drudzy palą warszawską tęczę. Pierwsi płaczą, że pozbawiani są praw, drudzy rozpaczają, że geje i lesbijki lada dzień będą rządzić wszystkim i wszystkimi.
A prosty rozum podrzuca: jeśli jednak wolę kobitki, to po co mam o tym głosić na ulicach, jak to robią geje? A jeśli tamten facet jednak woli mężczyzn, to przecież jego życie, nie moje, niech sobie tuli, kogo chce. Społecznie jedni i drudzy mogą być tak samo pożyteczni, co destrukcyjni i preferencje erotyczne nie mają na to wpływu. Manifestowanie homoseksualizmu publicznie jest równie durne, jak udawanie, że go nie ma.

Trynkiewicz super star

Mamy swojego Bundy’ego, swojego Mansona, swojego Onoprienkę. W mediach wyraźnie wyczuwa się fascynację potworem, fascynację, która jest odbiciem oczekiwań społecznych. Już bardzo niedaleko nam w tej fascynacji do Amerykanów, lada dzień Mariusz Trynkiewicz zacznie otrzymywać propozycje matrymonialne i prośby o sprzedaż praw autorskich do wspomnień.

Przez 25 lat siedział sobie cichutko to tam (Strzelce Opolskie), to tu (Załęże) nie niepokojony przez nikogo poza współwięźniami. I niemal w przeddzień powrotu zza krat na łono społeczeństwa przypomniał sobie o nim i wymiar sprawiedliwości i samo społeczeństwo. Bo jak wyjdzie – będzie mordował – straszą i polityka i media. Dla jednych i drugich Trynkiewicz jest błogosławieństwem, bo trzeba nie lada dawki emocji w polityce i w mediach, by w – przyzwyczajonych do wysokiego poziomu adrenaliny odbiorców – wzbudzić zainteresowanie. Co jeszcze może wstrząsnąć społeczeństwem, które znudziło się doniesieniami, jakoby Rosja zabiła trotylem polskiego prezydenta? Jakiego wstrząsu w doniesieniach medialnych trzeba, by przebić emocje związane z czterema ofiarami pijanego kierowcy w Kamieniu Pomorskim? Trynkiewicz jest idealny, bo nie wstrząsa „trupami dokonanymi”, ale tymi, których dopiero zamierza dokonać. A media twierdzą, że może. Mamy wszystko – krew, grozę, psychopatę i nieudolność państwa, na które uwielbiamy narzekać, i podsycane poczucie zagrożenia. A potem możemy mieć jeszcze lincz na uwolnionym (być może) Trynkiewiczu, więc szykuje się long story.

Amerykanie mogą fascynować się zwalnianymi z więzień psychopatami, ale swój system bezpieczeństwa mają. Prawo federalne zezwala na publikację wizerunku uwalnianego pedofila, w sieci funkcjonuje nieformalny, ale bardzo sprawny „klub tropicieli” pedofilów, który na bieżąco uzupełnia informacje gdzie mieszka i co robi John Done, który lubi podszczypywać dziewczynki i Jack Levy, który podgląda chłopców. Ani jeden ani drugi nie ukryje się w żadnej dziurze Kentucky i Nebraski.
Po Trynkiewiczu w mediach kurz prędzej czy później opadnie, trzeba będzie szukać nowego bohatera publikacji. Niedaleko. Za dwa lata wychodzi „Wampir z Bytowa”.

Gorzkie żale biedaka

Uciekliśmy od socjalizmu politycznego, przed gospodarczym uciec trudniej. Wrażliwi społecznie nazywają go solidaryzmem społecznym. Bo też larum podniosło się gromkie, kiedy Sejm „urwał” Podkarpaciu 34 miliony z „janosikowego”, by ratować bankrutujące Mazowsze. To samo Mazowsze, które nieśmiało tylko protestowało, kiedy rok w rok musiało łożyć wypracowane przez siebie miliony na te województwa, którym nie spinały się finansowe aspiracje z finansowymi możliwościami. Łożyło z dużą dozą niezadowolenia i z odrobiną zrozumienia, aż łożyć przestało, bo nie miało z czego. Podkarpacie zakrzyczało, że zostało ograbione. Żebrak podniósł krzyk, że bogacz nie wrzucił mu do puszki grosika. Ot, wdzięczność żebraka.

Swoiście pojmowany solidaryzm społeczny: Podkarpacie chce, żeby Mazowsze dawało, bo Podkarpacie potrzebuje. Kiedy tym razem Mazowsze potrzebuje, Podkarpacie nie tylko Mazowszu nie daje, ale od zdychającego mazowieckiego budżetu domaga się jeszcze. Czyli solidaryzm – tak, ale tylko w jedną stronę.

„Janosikowe” to nie był głupi pomysł, niech kraj rozwija się w miarę równomiernie, niech bogatsi wesprą biedniejszych, wszak jednym krajem jesteśmy i jednym narodem. Pomysł sprawiedliwy społecznie, ale odrobinę demoralizujący, bo uczy żyć z cudzego. W USA Kalifornia nie dopłaca do Oregonu, Floryda nie zasypuje zielonymi Nebraski. Każdy stan żyje z tego co zarobi. U nas trochę inaczej. U nas zapanowała rozpacz, że Podkarpacia nie będzie stać choćby na ogromne centrum wystawiennicze pod Rzeszowem, bo Mazowsze nie chce się do interesu dorzucić. Może czas nauczyć się wydawać tylko tyle, ile umie się wypracować. Nie licząc przesadnie na jałmużnę od tych, którzy potrafią to lepiej.

Wolność destrukcyjna

Ledwośmy wolność odzyskali po dziesięcioleciach zaborów, a za łby trzeba się było wziąć, bo każdy miał inną wizję wolnej Polski. Chwilę potem napłynęła czerwona, a zbrojna fala ze wschodu, znów zgoda narodowa nastała, bo była potrzeba „bolszewika bij, bij, bij”. Pobity bolszewik niczego nas nie nauczył, bo ledwie odeprzeć się go dało, znów za łby wzięliśmy się, prezydent Narutowicz dostał kulę, Marszałek Piłsudski urządził Przewrót Majowy i Berezę Kartuską, aż przyszedł Hitler i znów nastała (prawie) zgoda narodowa. Kolejne pół wieku względnej zgody, wymuszonej stalinizmem, bo byliśmy my i byli oni, ci na usługach Moskwy, choć oni też bili w patriotyczne, choć inne tony. Potem znów wolność, z którą nie bardzo wiedzieliśmy, co zrobić, miała być „wojna na górze, pokój na dole”, ale wojna szybko z góry osunęła się na dół i trwa do dziś. Nie pomogła „grupa linia” śp. premiera Mazowieckiego, bośmy tacy, że raz rozhuśtanej wzajemnej nienawiści własnymi siłami uspokoić nie potrafimy. Trzeba nam do tego Hitlera albo Stalina, a ponieważ nikt taki nie czai się za naszymi granicami, toteż latami jeszcze będziemy grzęznąć we wzajemnej nienawiści patriotycznej. I sporze o to, kto jest Prawdziwym Polakiem.

I nawet 11 listopada część z nas będzie śpiewać „Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”, a niektórzy będą próbowali ich przekrzyczeć: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Jakby przekonywali, że pod własną okupacją, pod własnym zaborem jesteśmy. A jednym i drugim o dobro tej Ojczyzny chodzi i dla tego dobra gotowi są zatłuc kostką brukową tych nie-Polaków, którzy ośmielają się mienić się Polakami.

„Oto jest społeczność polska! – społeczność narodu, który, nie zaprzeczam, iż o tyle jako patriotyzm wielki jest, o ile jako społeczność jest żaden”… – zanotował niegdyś Norwid. I dodał: „Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł”… Marszałek wyraził to dobitniej, wręcz wulgarnie, ale z wieszczów i bohaterów narodowych słyszymy na ogół tylko to, co pozwala nam się wzajemnie nienawidzić. Osobliwie – w dni świąt narodowych.

UR – rodzina na swoim

Adresowany do minister szkolnictwa wyższego donos donosi, że polityka prorodzinna na Uniwersytecie Rzeszowskim stała się głównym kryterium doboru kadr uczelni. Ojciec rządzi wydziałem, syn jest adiunktem, synowa robi w administracji, pociotek został asystentem, córka wykłada, siostrzenica też. Kilkanaście klanów rodzinnych opanowało sale wykładowe, z czego wynika, że lud Podkarpacia to banda głąbów i tylko te kilkanaście klanów stanowi elitę intelektualną, godną nosić kaganek oświaty na poziomie wyższym niż licealny. Czy rzeczywiście wyższym? Bo i tu autorzy donosu mają wątpliwości. UR niziutko stoi w rankingach polskich uczelni, wydział prawa od początku istnienia nie może dochrapać się mocy doktoryzowania, co zdolniejsza młódź podkarpacka wieje po wiedzę do Warszawy i Krakowa, bo jakoś nie wierzy w potęgę edukacyjną rodzimej uczelni.

Co jest przyczyną, a co skutkiem? Skostniała w obronie status quo kadra naukowa i dydaktyczna UR broni „obcym” dostępu do sal wykładowych i etatów, czy też „obcy” nie garną się do uczelni, której miejsce w rankingach i płace nie dają powodu do dumy i satysfakcji? „Obcy” mogliby wnieść powiew świeżości, myśli nowatorskie, odrobinę intelektualnej rewolucji w hermetyczny, w stanie stagnacji światek rzeszowskiej nauki uniwersyteckiej. Polskie uczelnie już dawno odeszły od starożytnych, nawet średniowiecznych tradycji, gdy uniwersytet był areną zmagań intelektualnych, kuźnią nowych idei, porodówką trendów rozwoju ludzkości. UR nigdy od tego nie odszedł, bo nie zdążył do tego etapu dojść. I chyba wcale nie ma na to ani ochoty, ani ambicji. Jeśli wierzyć donosowi – dobrze mu ze statusem rodzinnego interesu. A ten interes wprawdzie nie ma szans na pozycję hegemona w branży, ale – jakoś się kręci.

Porno zakrystia

Feministki winne są temu, że proboszcz obłapia ministrantów. Rozwodzący się rodzice sprawiają, że katecheta obmacuje dzieci. Polityka gender sprawia, że wikary podszczypuje małoletnich wiernych. A najbardziej pedofilii w Kościele winne są same dzieci, bo uczuciowości im się zachciewa, bliskości, toteż oblepiają duchownych, „wciągają ich”, wodzą na pokuszenie i siłą ciągną do piekła.
Arcybiskup Michalik przeprosił za własne, publicznie rzucone słowa o „wciąganiu”. Po czym – podczas wrocławskiego nabożeństwa – powtórzył, że to rozwodzący się rodzice, że feministki w szkołach, że ideologia gender – pchają niewinnych duchownych w lepkie łapy kilkuletnich erotomanów. Raz można zbłądzić, wszak errare humanum est, ale zbłądzic po raz drugi – nie jest dziełem przypadku.
Arcybiskupowi wypada uświadomić, że gender nie ma nic wspólnego z homoseksualizmem, biseksualizmem i innymi łóżkowymi „izmami”. Jest tylko pojęciem, które określa społeczną role płci. Obiegowe znaczenie tego pojęcia nadali nam tacy eksperci, jak posłanka Krystyna Pawłowicz, która swoje gender usytuowała raczej po męskiej stronie społeczności.
Mniejsza o posłankę, której wystąpienia są czymś pomiędzy orwellowskim kwadransem nienawiści a występem kabaretowym. Gorzej, jeśli prawdy objawione głupotą, złą wolą i niezrozumieniem, głoszone są przez hierarchę, wspieranego autorytetem Kościoła. I trudno powiedzieć, czy tak wspierana głupota zyskuje przez autorytet rangę mądrości, czy też autorytet „wciągany” jest przez głupotę do poziomu farsy.
Tymczasem Kościół wciąż oscyluje tematycznie wokół „dupnych” tematów. A to in vitro, a to homoseksualizm, a to równość płci, a to gender. Tymczasem, jako społeczeństwo, mamy trochę poważniejszych grzechów, które bezpośrednio rzutuje na nasze życie, a którymi Kościół jakoś zająć się nie chce lub nie potrafi. Dlaczego w 90 procentach katolicki (podobno) naród tak serdecznie wzajemnie i wewnętrznie się nienawidzi? Co z dziesiątym przykazaniem? Dlaczego świat uważa nas ( nie bez powodu” za naród złodziei? Co z siódmym przykazaniem? Widać trzeba nam rechrystianizacji, a nie wypaczonej lekcji wychowania katechetyczno – erotycznego. A pedofilom w koloratkach wypadałoby uświadomić, a raczej przypomnieć biblijne: „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych maluczkich, mieście uczynili”. Może wtedy będą trzymać łapy przy sobie. Choć wątpię.

Kampania kloaczna

Po elektoracie krążą słuchy, że kandydat Zdzisław Pupa wygrał z Kazimierzem Ziobro wyścig, po temu drugiemu tuż przed metą podłożono nogę. Powalony na bieżnię Ziobro nie zdołał się pozbierać, na pudło się załapał, ale trzeci wynik w wyścigu, w którym wygrywa tylko jeden, to żaden wynik. Zwycięzca przyjął honory i tytuł senatora, gratulacje i życzenia, ale w głębi duszy czuć musi (a przynajmniej powinien, skoro z ust nie schodzą mu wartości chrześcijańskie), że jego sztab szkoleniowy zrobił świństwo konkurentowi, więc zwycięstwo nie do końca uczciwe było. Bo też konkurencja sportowa najbardziej brudna i nieuczciwa ze wszystkich, Każdy chwyt dozwolony, i kłamstwo i potwarz, oszczerstwo i czarny PR. Wyskakujący, jak diabeł z pudełka dziadek z Werhmachtu na dwa dni przed wyborami prezydenckimi, albo „Ziobro w PZPR” na trzy dni przez uzupełniającymi do senatu.
Senator to brzmi dumnie. Są zaszczyty i ukłony, kolejki pod biurem senatorskim i czołobitność maluczkich, pierwsze miejsca na uroczystościach dożynkowych i zaproszenia na rauty „z okazji”. I mało kto pamięta, że taką pozycję osiąga się, dyskredytując konkurenta. Rzesze gotowe są ściskać ręce potwarcom, kłaniać się kłamcom, zabiegać o uwagę „mówiącym fałszywe świadectwo przeciwko bliźniemu swojemu”. Czy zwycięski kandydat budzi się rano z poczuciem winy, że jego zwolennicy wykończyli konkurenta kłamstwem? Czy ma przeświadczenie, że swoją pozycję zdobył strzałem w plecy konkurentowi? Czy już po zwycięstwie, świadom nieczystych chwytów swoich zwolenników Pupa miałby odwagę powiedzieć: „Kaziu, przepraszam za swoich trenerów?”. Czy komukolwiek ze 460 w Sejmie i 100 w Senacie przychodzi do głowy, że elektorat oczekuje po nich nieskazitelnej postawy moralnej. I czy rzeczywiście elektorat tego oczekuje? Wszak przywykł, że na te szczyty trafia się po trupach i swoich i wrogów. I nie są to trupy poległe w uczciwej walce. A na tych senatorskich i poselskich rękach ściskanych, długo utrzymują się ślady krwi i gó…na z kampanii wyborczej.

Łono jej książęcej mości

Szaleństwo i obłęd. Katarzyna w swoim książęcym majestacie poczęła i powiła, przy niejakim współudziale księcia. Lud prosty zebrał się pod murami, by oczekiwać radosnej wieści, że oto ciągłość monarchii zapewniona, królestwo się nie rozpadnie. Może będzie bicie w dzwony, poddani raczej nie dostaną tygodnia urlopu na biesiadowanie ku czci, ale i tak świat wstrzymał oddech od Nowej Zelandii po Grenlandię. Paparazzi od dwóch tygodni nie schodzili z drabinek pod szpitalem św. Marii, nienarodzone nie schodziło z czołówek gazet. O co kogo obchodzi kilkadziesiąt ofiar powodzi w Chinach? Media ledwie musnęły podróż Franciszka I na swój rodzinny kontynent, tysiące dzieci miesięcznie umiera w Afryce Środkowej z głodu, pragnienia i chorób. A kogo obchodzą te tysiące? Najważniejsze jest to jedno. Na czerwonych paskach w serwisach informacyjnych polskich telewizji pojawiało się co chwilę, że już – już, że rozwarcie na dwa palce, a imię będzie takie, albo takie, a co tam imię, skoro nawet płeć nie jest znana. Mnożyły się wypowiedzi znawców przedmiotu (bynajmniej nie ginekologów i położnych), nie o 30 – procentowym bezrobociu w Hiszpanii i nie o tym, ze Grecja znów potrzebuje miliardów w unijnym zastrzyku. Cały ten rwetes sprawiał wrażenie, że po porodzie Kaśki świat diametralnie się odmieni, ludzkość podąży nowym torem rozwoju cywilizacyjnego, zstąpią archanioły i wszyscy pójdziemy do nieba.

Tylko mój sąsiad był dziwnie i jakoś na przekór wk…ny. Bo mu TVP program 1 przesunęła szósty odcinek porucznika Borewicza, żeby relacjonować porody obcej baby. Po domu lata mu trójka własnych małolatów, które naprawdę zmieniły jego życie, więc to od księżnej Kaśki ma serdecznie w poważaniu. Ani nie będzie musiał tego niańczyć, ani utrzymywać, ani wychowywać, więc cały ten zgiełk miał głęboko w sobie. Nie jest Kaśki poddanym, Polska nie jest protektoratem Wielkiej Brytanii, po co mu śledzić dzień w dzień, na ile się Kaśce rozwarło? I ani ona ani jej nowonarodzony nie będą mieli nijakiego wpływu na jego los. Nie mieli, dopóki mu Telewizja Polska nie zamieszała w planach życiowych.

Jezus Chrystus rodził się po cichutku, choć mógł z fanfarami. Po cichutku, a jednak odmienił oblicze ludzkości. Kaśka rodziła z fanfarami, a jej wpływ na ludzkość jest zerowa. I taka też pewnie będzie. I jej syna też. Poza niezliczonymi pismami kolorowymi, które gawiedź epatować będą nowym na świecie celebrytą. A że w środkowej Afryce umrą dziś setki jego rówieśników? I jutro też? I pojutrze? Bez fanfar, paparazzich i telewizyjnych relacji „na żywo”?

Krucjata antychamska

Wypatruję z nadzieją. Z nikłą nadzieją, bo prostactwo jest we frontalnej ofensywie na ulicach, w polityce, w necie, w kontaktach między ludźmi i powoli zdobywa sobie kulturę. Toteż z nikłą, ale jednak nadzieją, wypatruję efektów akcji „Komentuj. Nie obrażaj”. Może uda się powstrzymać prostactwo przynajmniej w cyberprzestrzeni, gdzie byle kto może mówić byle jak o byle czym do byle kogo. I mówi. A na ogół krzyczy. Schowawszy się tchórzliwie pod nickiem, jakby wstydził się i siebie i swojego nazwiska i swoich poglądów. Psycholodzy twierdzą, że natłok obraźliwych, a anonimowych treści w Internecie, to klasyczny przykład na dopełnienie kompleksu niższości: mam niską samoocenę, więc jak nabluzgam w niewyszukany sposób na bliźniego, to poczuję się lepiej. I w ten sposób niezliczone rzecze Anonymousów, bez twarzy, nazwiska i adresu ujadają na większych i mniejszych tego świata. Jak ratlerki, które zza wysokiego ogrodzenia mogą sobie bezkarnie poszczekać na wilczura. Bez ogrodzenia by się nie odważyły

„Komentuj. Nie obrażaj” – mam odrobinę nadziei, ale nie mam złudzeń. Dla tłumów internautów, dla których istnieją tylko argumenty ad personam, którzy nie chcą (nie potrafią?) wejść w rzeczową polemikę o istocie sporu, których istnienie definiuje się tylko poprzez obrażanie innych, dla nich akcja będzie tylko fanaberią pięknoduchów. Zapewne wyciągną na sztandary hasła o wolności słowa i wyrażania poglądów. Nie sprecyzują tylko – wolności od czego. Od odpowiedzialności za treść i formę własnych wpisów?

Nie mam złudzeń, ale jednak odrobinę nadziei. Może prostactwo nazwane prostactwem położy uszy po sobie i nieco się zawstydzi? Może dotrze do niego, że chowanie się pod nickiem to przejaw tchórzostwa? Bo czym innym jest stawanie do pojedynku na pistolety twarzą w twarz, a czym innym strzelenie komuś w plecy zza węgła. Bo do tego odwagi nie trzeba. Może prostactwo stanie się marginesem w sieci. Potem w polityce. Potem na ulicach… „Komentuj. Nie obrażaj”. Bo kogokolwiek obrazisz, to i tak plugastwo wyjdzie z twoich ust i spod twojej ręki. A nie jego.