platforma blogowa portalu
nowiny

Lewe prawo

Prawo jest, jak dziwka: może je mieć każdy, kogo na to stać. Straszno robi się już wtedy, kiedy uświadomić sobie, że na salach sądowych wygrywa renomowana, więc kosztowna, kancelaria prawna, która dysponuje możliwościami, sztabem prawników, środkami i budżetem. W konfrontacji z nią aplikant adwokacki nie ma szans. Sprawiedliwość? Rzecz drugorzędna.
Jeszcze straszniej robi się wtedy, kiedy uświadomić sobie, że tworzenie prawa też można sobie kupić. W poprzedniej kadencji parlamentarnej większość parlamentarna (a tylko taką na to stać) powołała sobie sędziów Trybunału Konstytucyjnego, nie oglądając się na dobre obyczaje. Ówczesna większość zapewne mogła przedstawić kilkadziesiąt kilogramów ekspertyz prawnych, że powołała zgodnie z prawem. Obecna większość parlamentarna odwołała wcześniej powołanych, lada chwila powoła swoich i będzie w stanie przedstawić kolejnych kilkadziesiąt kilogramów ekspertyz, że oni przecież też zgodnie z prawem. Bo taka większość może wszystko. W 1935 roku większość uchwaliła tzw. ustawy norymberskie, które były podstawą do eksterminacji żydów. I od tego momenty żydów eksterminowano zgodnie z prawem. Coraz częściej przytaczany argument: „zgodnie z prawem” powoli staje się listkiem figowym dla sytuacji, w której oto dokonano świństwa, złamano dobre obyczaje, wbito nóż w plecy zdrowemu rozsądkowi, poderżnięto gardło sprawiedliwości i zgwałcono wiarę w porządek prawny.
Porządek prawny… W zamtuzie jest większy porządek, niż w naszym systemie prawnym. System nam się zatacza od ściany do ściany, każda zmiana władzy powoduje, że system ugniatany jest w nowe formy, jakby z plasteliny był i przykrawany pod własne potrzeby. Przed laty mówiło się o „falandyzacji prawa”, wymyślono też „pomroczność jasną”, kiedy prezydenckiego syna trzeba było uchronić od krat za spowodowanie wypadku „pod wpływem”. Wtedy to były incydenty, wywołujące oburzenie. Dziś to norma, która już nie dziwi i prawie nie oburza. Niezmiennie za to i coraz bardziej podrywa zaufanie społeczne to prawa, jako gwaranta porządku społecznego. Coraz większego sensu nabiera opinia babki Pawlakowej: „Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. I już naprawdę straszno się robi, kiedy gwarantem sprawiedliwości staje się granat, a nie paragraf.

Naszość jest najważniejsza

Wielokrotne całopalenie warszawskiej tęczy, to było dopiero preludium. Tęcza pedalsko – lewacka była, raziła oczy Prawdziwych Polaków i raniła ich uczucia. Ciotowska tęcza nie miała prawa stać na Placu Zbawiciela, niech sobie na Placu Lenina stanie, jeśli taki sobie znajdzie, ale nie Zbawiciela, na Boga! I jeszcze ze trzy kilometry od Krakowskiego Przedmieścia, gdzie Prezydent Królestwa Chrystusowego i miejsce pod Krzyż, piersiami Sprawiedliwych broniony. Genderowska tęcza, to było dopiero preludium, potem coraz bardziej straszno i śmieszno.
Miłościwie nam panujący minister kultury wytyczył nowy standard kultury ministra. Nie spodobały mu się świństwa i zberezeństwa w spektaklu Teatru Polskiego, z podatków dofinansowywanego. Spektaklu, którego kulturalny minister nawet nie widział. Porno za publiczne pieniądze? Tego w Nowej Najjaśniejszej nie będzie. Sprawiedliwi podchwycili, pod adresem twórców spektaklu posypały się gromy, groźby i wyzwiska. Pozabijać chcieli te „k…wy w zielonych sukienkach” i resztę zespołu teatralnego, chałupy im obrzucono jajkami i pomidorami. Nadzieja w tym, że jajka od szczeropolskich kur niosek, a pomidory spod polskiej folii, a nie holenderskiej. Minister trynd zainicjował, niebawem na Placu Zbawiciela, jak w Monachium w 1933 roku, płonąć będzie już nie tęcza, ale dzieła wszystkie Marii Konopnickiej, bo lesba i wyrodna matka. Gombrowicz spłonie co do karki, bo szyderca, WARTOŚCI nie uznawał. Mrożek na stos! Choćby za cytat z “Monizy Clavier”: „O tu wybili! Za wolność, panie, wybili”. Jak ulał pasuje do solidarnościowej martyrologii groteskowej, to Mrożkowi stos się należy. Tuwima, Słonimskiego i Schulza spalić, bo żydzi, Lechonia spalić, bo Tatar po dziadkach, Mickiewicza spalić, bo promuje w „Dziadach” gusła i zabobony pogańskie. Jak Słowacki w „Balladynie”, jego też spalić za propagowanie pogaństwa przedchrześcijańskiego. Bibliotekom publicznym lustracja się należy, do ostatniego woluminu. W kinematografii pełno golizny, zdjąć z ekranu. Tej lasce w Szale” Podkowińskiego domalować jakąś podomkę chociaż. Właśnie śpiewaczka operowa zaalarmowała publicznie, że Opera Narodowa jest za mało narodowa, więc będzie tylko Moniuszko. Telewizję wyczyścić ze „PRL-owskich złogów” i „resortowych dzieci”, co minister Czabański już dawno zapowiadał. W TV publicznej nie zobaczymy już pewnie „Czterech pancernych” i „Stawki”, bo nam dzieci tożsamościowo wypaczają. Sale teatralne, kinowe i operowe, tudzież gminne domy kultury trza wyegzorcyzmować, jak wcześniej pałac prezydencki. Żeby zło wypędzić pogańsko – pedalsko – pornograficzno – żydowskie.
A wtedy w świątyniach kultury zapanuje duch chrześcijańsko – słowiański, byle piastowski, nie jagielloński, bo ten ze skrzywieniem litewskim był. Przaśnie będzie i siermiężnie, ale swojsko i polsko. Bo „Awans” Redlińskiego wieszczy, że dotychczas Polskę obracaliśmy w ruinę. Trzeba nam powrotu do „Konopielki” I wtedy między Bugiem a Odrą będziemy mieli jedne, wielkie, a szczęśliwe kulturowe Taplary.

Polska w rui?Nie!

Kosze i śmietniki w okolicach punktów rozdawnictwa darmowej, unijnej albo caritasowej żywności dla niemajętnych – pełne żarcia wszelakiego. Niemajętni wypieprzają do śmietnika wszystko, czego nie chce im się dźwigać do domu. Nie lubią kasz i konserw rybnych, toteż okoliczne kosze zwykle pełne są jaglanej i pęczaka. Zrujnowana Polska wywala do śmieci coś, za co w Zinbabwe i Burundi człowiek człowieka mógłby zamordować. Pogrążająca się w ruinie Polska wyrzuca do śmieci coraz więcej jedzenia. Im bardziej jest zrujnowana, tym więcej wyrzuca.
Ktoś nam kiedyś wymyślił Euro 2012, skutkiem czego w błyskawicznym tempie wybudowaliśmy cztery stadiony. Ewidentny dowód na to, że kraj nam się stacza. Z Rzeszowa na Śląsk (i dalej) można dojechać autostradą, ale przecież wszystkie te autostrady, to drogi prowadzące do wniosku, że pogrążamy się w ruinie. Pendolino jest jaskrawym przykładem ruiny. A jak to popieprza po torach!… Jakby mu się spieszyło do ostatecznego upadku. Tego roku 2,5 miliona zrujnowanych przez zrujnowane państwo ludzi wyjechało znad Wisły. Do ciepłych krajów na wczasy wyjechali, bo co będą się relaksować z kompletnie zrujnowanym kraju. Mniej zrujnowali opanowali wakacyjnie popadające w ruinę polskie wybrzeże. W obróconych w ruinę Świnoujściu, Międzyzdrojach, Kołobrzegu, Sopocie i Łebie roi się od zrujnowanych Polaków. Każdy ma przy sobie komórę, pewnie miesiącami głodem przymierali, żeby sobie smartfona kupić. Kompletnie zrujnowane autostrady korkowały się na bramkach, tyle na wywczasy ruszyło zrujnowanych obywateli. Każdy własnym samochodem, co niewątpliwie jest dowodem ruiny państwa. A jak ktoś chce mieć ewidentny dowód ruiny, niech się przejedzie warszawskim metrem. Przez pół wieku względnego dobrobytu stolicy nie udało się zbudować metra, a szarpnęło się na ten gest, kiedy w kraju zrobiło się naprawdę rujnująco. Pewnie chciało się metrem dobić. Albo kilkoma nowymi (w większości zbędnymi) lotniskami. Przecież dobrze nam było i dostatnio, kiedy mieliśmy w TV dwa programy. To nam się cyfry zachciało naziemnej i teraz w kilkunastu cyfrowych programach naziemnych możemy oglądać, jak bardzo jesteśmy zrujnowani.
Tylko 15 milionów złotych wydała partia opozycyjna, żeby przepchnąć swojego kandydata na prezydenta. Ta sama, która krzyczy, że Polska w ruinie jest. Z pewnością jest, ale przecież partia znajdzie jeszcze dwa razy tyle, żeby wydać na kampanię w wyborach parlamentarnych. Nie ze swoich wydaje, tylko bierze od zrujnowanego kraju. I wcale jej to nie przeszkadza krzyczeć, że była, jest i ma być w przyszłości finansowana z budżetu zupełnie zrujnowanego państwa. Nie mają litości dla wszystkich tych głodujących w zrujnowanym kraju dzieci, niedożywionych, niedojadających i głodujących. Nie do talerzy głodujących dziatków pójdą miliony, a na ulotki przedwyborcze pójdą.
W ruinie jesteśmy wszyscy. I ciemny lud to kupuje. Wsiada do pendolino albo jedzie własnym samochodem po nowej autostradzie, przebiera w wycieczkach zagranicznych albo tłoczy się na bałtyckich plażach. Widzi to wszystko, słyszy, obserwuje, pełnymi garściami czerpie z tej ogólnonarodowej ruiny. A jednak kupuje

Rzeźnia pod kościołem

Kościelny płot w Mazurach ocieka krwią nienarodzonych. Gdzieś tam w tle Chrystus wisi na krzyżu, ale na płocie wiszą urwane główki, pourywane rączki i nóżki, jakieś fragmenty korpusików. No, rzeźnia, panie, rzeźnia krwawa. Dzieci bardzo nieletnie chodzą obok tego, patrzą sobie z wyjątkowym zainteresowaniem, bo w Mazurach nie bardzo jest na co patrzeć, a tu horror typu gore wyziera na nich z kościelnego płotu. A tuż obok Szkoła Podstawowa im. Bronisława Kwiatkowskiego. Bronisław pewnie w grobie się przewraca. Żołnierzem był, ale takiej jatki, jak w sennej na co dzień wsi Mazury, pewnie na żadnej wojnie nie oglądał. Jak na filmie człowiek strzeli do człowieka, to robią film od 16 lat. Jak się kawałek piersi niewieściej na ekranie pokaże, to też go robią od 16 lat. W Mazurach pięciolatki mogą sobie do woli oglądać obrazki, jakich nie zobaczą w żadnym filmie od 16 lat. A te sobie wiszą, nie bardzo wiadomo przez kogo powieszone, i nikt alarmu nie podnosi, że od takiego horror-komiksu dzieciarnia może mieć nocne koszmary.
A niechby tak powiesili obok szkoły obrazki porno. Nawet soft-porno. A potem powiedzieć, że to w imię dobrze pojętej edukacji seksualnej, albo nauki o człowieku. Świat by się zatrząsł, koło parafialne podniosło jazgot, szkolni pedagodzy od sąsiedniego Kwiatkowskiego zatrzęśliby pięściami, bo na obecność obrazków ze skrwawionymi rączkami i nóżkami jakoś nie trzęsą. Bo skrwawione rączki i nóżki to przecie protest przeciw aborcji, w imię WARTOŚCI jest robiony, a WARTOŚCI to świętość nienaruszalna. Krwawa makabreska „wartościowa”, ale migdaląca się para już. nie. Do stu metrów od szkoły wódy i piwa sprzedawać nie wolno, ale dziesięć metrów od szkoły można kościelny płot zarzucić krwawymi, ludzkimi flakami. Bo „wartościowe” są. Trochę to pokręcone, ale te same wartości, które bronią nienarodzonych dzieci, pozwalają w psychice narodzony zrobić kompletną rozpierdówę. Wójt nie reaguje, sołtys nie reaguje, grono pedagogiczne też nie, ksiądz dobrodziej z pewnością nie, bo zapewne tę jatkę pobłogosławił wcześniej. Lud milczy, bo jak nawet flaki na płocie mu się nie podobają, to się księdza dobrodzieja boi? I to też jest koszmar.

Tour de paranoja

Czesław Lang rankiem w Kielcach pewnie dopiero wstawał z łóżka, kiedy tłum policjantów w Rzeszowie zablokował ulice połowy miasta. Duzi chłopcy jeszcze nie wsiedli na swoje rowerki, bo dopiero kończyli w Kielcach śniadanie, kiedy zdezorientowani kierowcy w Rzeszowie wściekali się, że nie mogą na czas dojechać do roboty, bo służby porządkowe w mundurach przeganiają ich od objazdu do objazdu. Służby kiepsko były zorientowane, skąd, dokąd i jak można dojechać. W powietrze Rzeszowa poleciały przez uchylone szyby samochodów pierwsze głośne poranne k…wy. Z biegiem czasu ich przybywało.

Południe. Duzi chłopcy w Kielcach przygotowują się, żeby wsiąść na wypasione rowery, w Rzeszowie od kilku godzin trwa pendemonium. Trasa z dworca PKP pod zamek trwa zwykle 10 minut, ale tym razem tour jedzie, więc zablokowano ul. Cieplińskiego. 10 minut zamienia się w 40 minut, bo nikt nie jest w stanie powiedzieć, jak cholerstwo ominąć. Wokół ronda pod pomnikiem w powietrzu kumulacja ku…w. Niekiedy w towarzystwie „pie…ych kolarzy”. Ci spoza Rzeszowa i nie znający miasta obłąkańczo jeżdżą wokół ronda raz po raz, nie wiedząc, jak wydostać się z pułapki. Z wnętrza samochodu na jasielskich numerach dobywają się rozpaczliwe: „poje…ny pomysł” i „na ch…j komu ten wyścig”. Żeby przytoczyć najbardziej cenzuralne. Słychać wyraźnie, szyba samochodu spuszczona, bo na zewnątrz upał koszmarny. Jak zdoła uciec z ronda, to czeka go długie zwiedzanie miasta, ponieważ nawet miejscowi jeżdżą w tę i w tamtą, bo zablokowane to, z czego swobodnie korzystali na co dzień. Lada chwila z Kielc ruszy wyścig kolarzy. W Rzeszowie wyścig zmotoryzowanych trwa od rana.

Popołudnie, godziny szczytu, ludzie wyjeżdżają z roboty do domu. Obiad nieprędko, może dopiero wczesna kolacja, bo chłopcy na rowerach mają już tylko 100 km do Rzeszowa. Czyli będą na miejscu za jakieś 2 godziny, ale pół miasta jest sparaliżowane. Po obu stronach zapory czterech policjantów rozpaczliwie macha ośmioma rękami, żeby zapanować nad chaosem na drodze, a chaos koszmarny, bo pół jedni zarezerwowane dla cyklistów. Puściutkie pół jedni, czyli dwa pasy. Na dwóch pozostałych w obie strony o przeżycie walczą setki pojazdów dużych i małych, i nie ma zmiłuj się. Dla tych, którzy próbuje w ten gąszcz wjechać z boku nie ma ani zmiłuj się, ani litości. Średnia prędkość – 1 km na godzinę, a żar z nieba leje się koszmarny. Z czoła korka wymknęła się grupka „ku…w” i „pie…ych kolarzy”, ale szybko dogonił ją peleton „ku…w” z pozostałych pojazdów, kiedy okazało się, że karetka na sygnale próbuje przebić się przez gąszcz samochodów. Przepisy i dobre obyczaje nakazują zrobić przejazd, ale przejazdu zrobić się nie da, bo towarzystwo stoi zderzak w zderzak. Gość zza kierownicy volkswagena tuż obok ryczy do słuchawki telefonu coś o „poj…nym mieście z poj…nymi władzami” i że „za ch…ja” nie zdąży odebrać z lotniska jakiejś delegacji. Próbuje przekrzyczeć powolutku, naprawdę powolutku, zbliżającą się syrenę karetki, a jego próbuje przekrzyczeć facet w fiacie, tuż za nim. I ryczy, żeby ten z VW „wyp…lał gdzieś na bok”, bo karetka jedzie a ten TIR za nim zaraz „rozwali mu d…pę”, bo też próbuje się usunąć. Gość w VW ma do wyboru: albo przywalić w mój wóz, jak odbije w lewo, albo w prawo – wskoczyć na krawężnik na kilkanaście centymetrów wysoki. Wybiera wariant B i za moment słychać zgrzyt urywanego o krawężnik zderzaka volkswagena. Nie słychać za to, co kierowca o tym myśli, bo zagłusza go ryk syreny mijającej nas właśnie karetki, która spieszy do chorego z zawrotną prędkością 5 km/h. Pacjentowi zdrowia życzymy. Jak przeżył. Karetka przeciska się dalej między jakby oszalałymi samochodami, miotającymi się to w przód, to w tył, to na boki, byleby jakoś uciec przed tym wyciem, a tuż obok dwa puściutkie pasy jezdni. Zarezerwowane dla cyklistów, którzy mają do Rzeszowa już tylko malutkie półtorej godziny. Chór ku….w zza szyb samochodowych wzbija się pod niebiosa przy akompaniamencie nie milknących gwizdków policyjnych.

Skręcam w boczną, przede mną wyłania się cyklista – amator. Mam ochotę wziąć go pod koła.

A Tour de Pologne w Rzeszowie nie „po ch…j”, tylko na chwałę miasta. Chwałę za 350 tysięcy, jakie podatnicy zapłacili za rozkosz ujrzenia przez kilkanaście sekund drugiej ligi światowego kolarstwa. I koncerny paliwowe zarobiły, bo trochę benzyny w korkach poszło. Na naprawie volkswagena zarobił serwis, zarobili przede wszystkim duzi chłopcy na rowerkach, bo przecież ten tour to impreza komercyjna. I zapraszamy za rok. Zapraszamy jak najdalej od Rzeszowa, żeby nie było przymusu zbiorowego łamania ustawy o języku polskim.

Poeci protestu

Kiedy wczytać się w malowane na banerach hasła protestujących przeciwko temu i owemu, można odnieść wrażenie, że protesty organizowane są albo przez kretynów, albo dla kretynów, albo „dwa w jednym”. Infantylizm haseł jest tak porażający, że lekturą zażenowany byłby uczeń podstawówki. Może być skrajnie głupio, byleby tylko się rymowało. Bo specyfiką polskich haseł „protestanckich” są tzw. rymy częstochowskie. Mądrze być nie musi, byle końcówki współbrzmiały i w miarę rytmicznie było.

Niedawno w centrum Rzeszowa pijących pikietowała kilkuosobowa grupa niepijących emerytów i rencistów, którzy swoje w życiu już wypili, teraz przestali i bronią tym, którzy łyknąć jeszcze mogą. „Gdy się piwem raczysz skrycie nie wiesz co to znaczy życie” – waliło po oczach w ciemnej zieleni. Aż się chce odkrzyknąć: „Nowotworu chcesz uniknąć, to dwie setki musisz łyknąć”. Na niebiesko razi spojówki: „Dobra dzieci nie szanuje, który piwo reklamuje”. Protestantowi rytm się zgubił, ale rym częstochowski uparcie wypracował. My przechodzimy do kontrataku poetyckiego, pokonując przeciwnika rytmem: „Walnij Tyskie, flaszkę sprzedaj, dziecku z głodu umrzeć nie daj”. Pani w okularach dobrała sobie do sukienki twarzowy fiolet hasła: „Serce dziecka zdrowo bije, gdy matka piwa nie pije”. Widać kolor i tu ważniejszy od zasad poetyki, ale my się nie dajemy: „Bania wódy, szklanka wina, żeby zdobyć uśmiech syna”. Fiolet wraca na tablicę, rytm wciąż wrócić nie może, ale rym wciąż obowiązuje, a protestanci lecą w wartości chrześcijańskie, zapominając o Kanie Galilejskiej: „Niechaj żaden się nie łudzi, trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi”. Cios wartościami trochę nami zachwieje, ale przecie i my potrafimy: „Trochę piwa, trochę groga i już będziesz bliżej boga”.

Nienadówka też poezją natchniona: „W rządzie łapówki, a za nasze domy ani złotówki”. Wchodzimy w tę konwencję: „Trza mieć łeb i nie być gapą, wejść do rządu i brać w łapę”. Uppps! Zasada częstochowska nam się ukruszyła, to wracamy do Rzeszowa pod urząd wojewódzki, gdzie twórczo rozwinęli się narodowcy: „Naród obudzimy, III RP obalimy”. A wydawałoby się, że rozmiłowani w iście wojskowo – marszowej dyscyplinie potrafią zachować rytm. Nie potrafią, ale my tak: „Obal flaszkę, nie ojczyznę, bo ci z tęczy w glana piz”… Się trochę zapędziliśmy, wiejemy, a za nami słychać zbliżający się tupot glanów. W samą porę dopadamy miejsca, w którym nas uratują: pod urząd marszałkowski, gdzie protestuje pogotowie – a jakże – ratunkowe: „Pogotowie państwowe, a nie piórowe”. Ni cholery nie wiadomo, o co chodzi, ale spróbujmy: „Pomyślności, szczęścia, zdrowia? To unikaj pogotowia”. Gonimy na rzeszowski rynek, bo tu garstka emerytów protestuje przeciwko ministerialnemu pomysłowi posłania sześciolatków do szkół. Poezją protestuje, a jakże: „Gdy posłowie lud odrzucą swą poselską służbę skłócą”. Znać, że autor za późno zaczął edukację, ale my się i tak wpasujemy: „Ani z miedzy, ani z roli, poseł przecie z ludu woli”. Pan, który edukację skończył za późnego Gierka, dzierży w dłoni na fioletowo: „6-latki – dziatwa szkolna, jaka błędna to reforma”. Nie damy się fioletowi: „Gdy włos siwy, zmarszczek masy, znaczy – czas do pierwszej klasy”.

Na zjawisku można zrobić doktorat, a jeszcze i na habilitację wystarczy. Najbardziej wzniosłą ideę można idiotycznymi hasłami i przedszkolną rymowanką pogrążyć w infantylizmie. Na koniec: „By skutecznie protestować, trzeba myśleć, nie rymować”.

Poeci protestu

Kiedy wczytać się w malowane na banerach hasła protestujących przeciwko temu i owemu, można odnieść wrażenie, że protesty organizowane są albo przez kretynów, albo dla kretynów, albo „dwa w jednym”. Infantylizm haseł jest tak porażający, że lekturą zażenowany byłby uczeń podstawówki. Może być skrajnie głupio, byleby tylko się rymowało. Bo specyfiką polskich haseł „protestanckich” są tzw. rymy częstochowskie. Mądrze być nie musi, byle końcówki współbrzmiały i w miarę rytmicznie było.

Niedawno w centrum Rzeszowa pijących pikietowała kilkuosobowa grupa niepijących emerytów i rencistów, którzy swoje w życiu już wypili, teraz przestali i bronią tym, którzy łyknąć jeszcze mogą. „Gdy się piwem raczysz skrycie nie wiesz co to znaczy życie” – waliło po oczach w ciemnej zieleni. Aż się chce odkrzyknąć: „Nowotworu chcesz uniknąć, to dwie setki musisz łyknąć”. Na niebiesko razi spojówki: „Dobra dzieci nie szanuje, który piwo reklamuje”. Protestantowi rytm się zgubił, ale rym częstochowski uparcie wypracował. My przechodzimy do kontrataku poetyckiego, pokonując przeciwnika rytmem: „Walnij Tyskie, flaszkę sprzedaj, dziecku z głodu umrzeć nie daj”. Pani w okularach dobrała sobie do sukienki twarzowy fiolet hasła: „Serce dziecka zdrowo bije, gdy matka piwa nie pije”. Widać kolor i tu ważniejszy od zasad poetyki, ale my się nie dajemy: „Bania wódy, szklanka wina, żeby zdobyć uśmiech syna”. Fiolet wraca na tablicę, rytm wciąż wrócić nie może, ale rym wciąż obowiązuje, a protestanci lecą w wartości chrześcijańskie, zapominając o Kanie Galilejskiej: „Niechaj żaden się nie łudzi, trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi”. Cios wartościami trochę nami zachwieje, ale przecie i my potrafimy: „Trochę piwa, trochę groga i już będziesz bliżej boga”.

Nienadówka też poezją natchniona: „W rządzie łapówki, a za nasze domy ani złotówki”. Wchodzimy w tę konwencję: „Trza mieć łeb i nie być gapą, wejść do rządu i brać w łapę”. Uppps! Zasada częstochowska nam się ukruszyła, to wracamy do Rzeszowa pod urząd wojewódzki, gdzie twórczo rozwinęli się narodowcy: „Naród obudzimy, III RP obalimy”. A wydawałoby się, że rozmiłowani w iście wojskowo – marszowej dyscyplinie potrafią zachować rytm. Nie potrafią, ale my tak: „Obal flaszkę, nie ojczyznę, bo ci z tęczy w glana piz”… Się trochę zapędziliśmy, wiejemy, a za nami słychać zbliżający się tupot glanów. W samą porę dopadamy miejsca, w którym nas uratują: pod urząd marszałkowski, gdzie protestuje pogotowie – a jakże – ratunkowe: „Pogotowie państwowe, a nie piórowe”. Ni cholery nie wiadomo, o co chodzi, ale spróbujmy: „Pomyślności, szczęścia, zdrowia? To unikaj pogotowia”. Gonimy na rzeszowski rynek, bo tu garstka emerytów protestuje przeciwko ministerialnemu pomysłowi posłania sześciolatków do szkół. Poezją protestuje, a jakże: „Gdy posłowie lud odrzucą swą poselską służbę skłócą”. Znać, że autor za późno zaczął edukację, ale my się i tak wpasujemy: „Ani z miedzy, ani z roli, poseł przecie z ludu woli”. Pan, który edukację skończył za późnego Gierka, dzierży w dłoni na fioletowo: „6-latki – dziatwa szkolna, jaka błędna to reforma”. Nie damy się fioletowi: „Gdy włos siwy, zmarszczek masy, znaczy – czas do pierwszej klasy”.

Na zjawisku można zrobić doktorat, a jeszcze i na habilitację wystarczy. Najbardziej wzniosłą ideę można idiotycznymi hasłami i przedszkolną rymowanką pogrążyć w infantylizmie. Na koniec: „By skutecznie protestować, trzeba myśleć, nie rymować”.

Poganka Ala, sekciarska Ola

Ala ma Asa i Pierwszą Komunię Świętą, Ola ma kota i bierzmowanie, Janek za to ma bar micwę. Chyba tak to powinno wyglądać, a nie wygląda, skoro pani nauczycielka Elżbieta z Kolbuszowej ubolewa, że w nowym elementarzu ani słowa o naszych narodowo – katolickich świętach. A jeśli już – to pełna komercha, przedświąteczne szaleństwo po centrach handlowych, bożonarodzeniowa choinka służy tylko do podkładania prezentów gwiazdkowych. Ergo: nowy elementarz niepolski jest i niekatolicki, bo nie uczy świąteczno – polskich tradycji. A musi?
Toż w obecnym szkolnictwie nie brakuje okazji, by dzieciarnię po bożemu wychowywać. Malcy rok szkolny zaczynają i kończą prawie obowiązkowo – szkolną mszą św. Nie bardzo wiadomo, jakie święto kościelne przypada na pierwszy i ostatni dzień roku szkolnego, ale zamiast pod tablicą, muszą ustawić się pod ołtarzem. Nie ma w elementarzu świąt wielkanocnych i bożonarodzeniowych? A w szkole są. Parę dni z programu nauczania urywa się dzieciarni na okoliczność przedświątecznych rekolekcji. I nie z elementarza uczniowie korzystają podczas praktycznie obowiązkowych szkolnych lekcji religii. A jak w rodzinie obchodzi się święta kościelne, winni uczyć rodzice, a nie Ala z Olą do spółki z Jankiem.
Panią Elżbietę przeraża wizja, jak to nowy elementarz zlaicyzuje nam naród, świętom kościelnym odbierze sacrum i pchnie naród w Boże Ciało do galerii handlowych. Tymczasem naród przeniósł się do galerii handlowych w dni świąteczne, zanim ktokolwiek pomyślał o elementarzu, wigilijny karp coraz częściej zastępowany jest łososiem, a zamiast „Przybieżeli do Betlejem” z radia słychać „Jingle bells”. I elementarza tego nie zmieni. Bo ani on, ani szkoła w ogóle nie jest od ewangelizowania. Od tego są inne instytucje. Tylko że one poszły w komerchę i przestały się zajmować tym, do czego zostały powołane.

Okładanie się pomnikami

Ledwie wyrastającego nad ziemię, bo nowiutkiego, pomnika ku czci Lecha Kaczyńskiego w Dębicy muszą pilnować ochroniarze, bo części mieszkańcom nie w smak ani taki pomnik, ani taka jego lokalizacja, ani taki jego bohater. Mniej więcej ci sami, którzy chcą byłemu prezydentowi stawiać pomnik w Dębicy, upierają się od lat, „okresowo i cyklicznie”, żeby w gruzowisko obrócić Pomnik Czynu Rewolucyjnego w Rzeszowie, przez miejscowych zwany niekiedy pieszczotliwie „c…pą Kruczkowej”. Zachowaniem dla potomnych organów płciowych Kruczkowej w Rzeszowie domagają się mniej więcej ci sami, którzy nie chcą mieć kamiennego Lecha Kaczyńskiego w Dębicy. Do kontestujących byłego prezydenta lewaków dołączył w Dębicy zupełnie nie lewacki Związek Sybiraków, który obok miejsca pamięci pomordowanych w Katyniu nie życzy sobie poległych w katastrofie smoleńskiej. W wersji Prawdziwych Polaków – zamachu smoleńskiego. Żeby nie mieszać zmarłych w wypadku z zamordowanymi w imię Niepodległej. Do lewacko – związkowo sybirackiego protestu dołączyła Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Ta sugeruje, by władze miasta rozważyły inną lokalizację dla zmarłych (zamordowanych) w katastrofie (zamachu).

Wszechpolacy nie chcą w Warszawie tęczy, przeciwko pomnikowi Lecha Kaczyńskiego protestowano już w Łodzi, w Puławach oprotestowano pomnik bohaterom wyzwolenia tego miasta, katowiczan wkurzają spiżowi sołdaci – wyzwoliciele, co wyrazili tłumnie pod drzwiami ratusza, niektórych szczecinian do szału doprowadzają „Czterej śpiący”, też sołdaci, a Żydów irytuje pomysł postawienia na terenie byłego getta warszawskiego pomnika ku czci Polaków ratujących Żydów z holokaustu. Pomnik UPA z Hruszowic – do rozbiórki (po protestach), dla odmiany pani Jadwiga postawiła w Radrużu krzyż pamięci ofiarom band UPA, ale jej za to nie pobłogosławiono, za to wysłano przed oblicze prokuratora. Pomnik Świerczewskiego w Jabłonkach wielokrotnie skatowany przez protestantów, monumentalny posąg Chrystusa Króla w Świebodzinie już uchodzi za dziwadło, poznaniacy krzyczą, że nie chcą u siebie Pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa, zwanego Pomnikiem Wdzięczności.

Strach stawiać pomnik. Komukolwiek i gdziekolwiek, bo każdy i w każdym miejscu znajdzie kontestatorów. Toteż nie stawiać. Niech pomniki będą objazdowe. Wczoraj w Rzeszowie był Świerczewski, dziś jest Kaczyński, jutro będzie „c…pa Kroczkowej”, pojutrze może dojadą jacyś spiżowi wyzwoliciele w budionnówkach, za tydzień zajrzy Dmowski, który po trzech dniach ustąpi miejsca Piłsudskiemu, a na 1 maja przemknie się Lenin. „Burząc pomniki oszczędzajcie cokoły. Zawsze się mogą przydać” – rzekł racjonalizator przestrzeni publicznej S.J. Lec. Jeden cokół na miasto i tylko „wkładki” wymienne. Oszczędność kasy i miejsca. Przez rok każdy, przy różnicy światopoglądów, będzie miał pod kim – czym przyklęknąć, pochylić głowę i złożyć kwiaty.

O wyższości politycznej bandyterki

Tyran ma tę przewagę znaczną nad demokratą, że nie musi liczyć się ze zdaniem bliźnich, może działać natychmiast i nie obowiązują go standardy współistnienia.

Kilkutysięczna banda facetów w mundurach podobnych do rosyjskich (jak rzekł z przekonaniem car Władimir Władimirowicz I), które można kupić w każdym sklepie z militariami (co zauważył car) w pojazdach opancerzonych i samobieżnych działach, dysponujących bronią szturmową (car nie podpowiedział, w którym sklepie z militariami można to wszystko kupić) zajęła Krym, co Unia Europejska potępiła. Banda, nie przejmując się słabym pipiskiwaniem Unii zajęła jednostkę rakietową, na co Unia Europejska wyraziła sprzeciw, banda siłą opanowała budynki administracyjne na Krymie, Unia zaapelowała, banda opanowała jednostkę rakietową, Unia zaprotestowała. Gdyby Władimir Władimirowicz I dał Unii w pysk z pięści, Unia pod długich debatach wydałaby oświadczenie, że było to nieuprawnione i niczym nieuzasadnione naruszenie międzynarodowym prawem zagwarantowanej nietykalności cielesnej Unii. Po czym dostałaby od cara w pysk „z liścia”, co Unię skłoniłoby do debaty, czy wydać z siebie stanowisko o tym, że danie Unii w pysk „z liścia” było niedopuszczalnym aktem ingerencji w nienaruszalność unijnych struktur.

Tymczasem nieśmiała dyplomacja przegrywa starcie z prymitywną siłą. Ufajmy, że w końcu albo prymityw na Kremlu się zmęczy okładaniem na odlew Brukseli i przestanie upokarzać Unię, albo Unia się ocknie i uczyni coś, co pozwoli nam się przestać wstydzić jej słabości.

PS. Przyjąwszy za swoją pokrętną logikę polityczną Kremla, pojawia się szansa na odzyskanie Królewca. Gdyby tak resztki królewieckich Niemców, z resztką królewieckich Polaków, przy wsparciu resztek królewieckich Litwinów zebrały się wespół, powołały własny parlament, ogłosiły referendum z opcją na przyłączenie do Unii Europejskiej, to niewykluczone, że wkrótce Obwód Kaliningradzki nazywałby się województwem królewieckim.