platforma blogowa portalu
nowiny

Głodni historii

Nie jeść publicznie, żeby lekcje historii wróciły do łask ministerstwa edukacji? Bo nie jedzono już w Warszawie, w Siedlcach, Tarnowskich Górach, w Częstochowie też zamierzają nie jeść. W Rzeszowie NSZZ Solidarność oprotestowała publicznie redukcyjno – historyczne pomysły ministerstwa, czego wynika, że sfera zainteresowań związku zawodowego rozciąga się od spraw łóżkowych (in vitro) po edukacyjne.

Problem nie w tym, ile czasu przeznacza oświata na lekcje historii, tylko jak ten czas wykorzystuje. Bo na razie wykorzystuje ze skutkiem marnym. Pod budynkiem Uniwersytetu Warszawskiego reporterzy urządzili polowanie na orły wiedzy historycznej i okazuje się, że przytłaczająca większość młodych ludzi (ok. 20 lat) nie jest w stanie rozszyfrować skrótu PRL. I nie ma pojęcia, że facet na okazanej im fotografii to Tadeusz Mazowiecki. Upierali się, że powstanie listopadowe było poprzedzone powstaniem styczniowym. Jeśli po dekadzie edukacji opuszcza się szkoły z taką wiedzą o dziejach własnego narodu, to może ten czas lepiej przeznaczyć na matematykę. Bo z liczeniem też u nas kiepsko.

Manifestacje polityczne i głodówki w obronie kiepsko prowadzonych lekcji historii, to trochę wyraz pseudopatriotyzmu. Lekcje historii nie powinny być, jak „lusterczko powiedz przecie, który naród najpiękniejszy na świecie?”. Mniej więcej rzetelna wiedza historyczna nie pozwoli na narodowe narcyzmy. Gdyby w szkole nauczyli dziatwę, że papież Grzegorz XVI nazwał powstańców listopadowych „podłymi buntownikami”, to po kraju nie krążyłaby bzdurna opinia, że Kościół jest fundamentem polskości. Gdyby uczyli, że Piłsudski, nim stanął na czele Legionów, był arcysprawnym terrorystą, a z Dmowskim dzielił go nie tylko spór polityczny, ale także nigdy nie wygasły spór o kobietę, lekcje historii w szkole byłyby bardziej interesujące. Gdyby dodano, że Dmowski upierał się, że niepodległość Polski trzeba odzyskać, szukając protekcji w Moskwie, to dzisiejsi narodowcy może przestaliby się do niego modlić. Gdyby przypominać, co o Powstaniu Warszawskim mówił generał Anders, może trochę inaczej ocenialibyśmy nasze pomnikowe wydarzenia historyczne. Gdyby dorzucić, że byli Ulmowie z Markowej, ale była też Gniewczyna Łańcucka (nie wspominając o Jedwabnem i wielu innych takich miejscach), to może przestalibyśmy się mienić narodem herosów moralnych.

Byłbym gotów zacząć współgłodować z protestującymi, gdyby szkolne lekcje historii były o historii. A nie lekcjami samozachwytu.

ACTA ad acta?

Poruszenie ogólnoświatowe, okazja, by wyjść na ulice, zdemolować co nieco, pokrzyczeć w imię wolności słowa i swobód obywatelskich. To jak usiłowania gaszenia kurnika, kiedy wokół płonie cała wieś. Wystarczy przeczytać „Hakera” Kevina Poulsena, żeby zrozumieć, że niekoniecznie rządy i nie służby specjalne są największym zagrożeniem sieci internetowej. A facet wie, o czym pisze, skoro dostał najwyższy w USA wyrok za hacking.

Wysyłasz maila, wchodzisz na stronę internetową, kupujesz za pomocą karty kredytowej? Namierzy cię średniej sprawności haker, czego dowiodła redakcja News of the World, włamując się do skrzynek mailowych prywatnych osób, hakując ich sms-y. Jak Antifa tworzyła tzw. „listę faszystów”? Śledziła internetowe zakupy, dokonywane w sklepach, które uznała za „brunatne”. W ten sposób świat poznał imiona, nazwiska, adresy Bogu ducha winnych ludzi, których okrzyknięto faszystami. Nikt ich za to nie przeprosił. Banki, a czasem także ich klienci, tracą rocznie dziesiątki milionów dolarów, bo sprawny haker potrafi wyczyścić konta osobiste klienta. Podziemny świat Internetu zna pojęcie cartingu, kradzieży danych z kart kredytowych. To nie są incydenty, to cyberprzestępczy rynek światowy, na którym sprzedaje się i kupuje się pakiety danych z setek, czasem tysięcy kart kredytowych na raz. Wystarczy zapłacić kartą w restauracji, kupić cokolwiek w sklepie internetowym, zapłacić kartą na stacji benzynowej.

Średnio nawet sprawny haker może poczytać twoją korespondencję mailową i poznać twoje zainteresowania na podstawie tylko tego, na jakie strony internetowe wchodzisz. Kliknij, a znajdą cię. Pharming, phishing, kradzież danych, których kilkaset megabajtów można sprzedać (też w sieci) za kilkadziesiąt euro… Porzućcie wszelką nadzieją na cyberbezpieczeństwo wszyscy, którzy wchodzicie do sieci. Tu każdy każdego może opluć, spotwarzyć, pomówić, obrazić, odebrać mu dobre imię, skłócić z bliźnimi, „dać fałszywe świadectwo przeciwko bliźniemu swemu”. I może to zrobić niemal zupełnie bezpiecznie, bo niemal zupełnie anonimowo. Obronić się przed tym nie sposób.

Czym wobec całego tego podziemia internetowego jest ACTA? Jakimś niepoważnym deklaratywnym porozumieniem rządów, które w interesie twórców, artystów i ich agentów usiłują zapanować na kompletnym chaosem własności intelektualnej w sieci. Lata miną, zanim ACTA przebierze jakiekolwiek konkretne ramy prawne i kiedy mogłaby być prawnie egzekwowalna. O ile w ogóle do tego dojdzie. Przez te lata każdy użytkownik sieci może nieskończoną liczbę razy zostać dokładnie prześwietlony (i okradziony z pieniędzy i danych) przez cyberpodziemie. Albo hakerów hobbystów. ACTA nie jest żadnym zagrożeniem wobec tych zagrożeń, jakie codziennie płyną z sieci. I przeciwko którym nikt nie wychodzi protestować na ulicy. Nikt na ulicach nie ujmuje się za tymi, którym cybernagonga internautów niezasłużenie zrujnowała życie i kariery. A przecież wystarczy wrzucić na fb lub nk, że Zdzicho z Woli Górnej, o numerze tel…, to pedofil i lubi małe dziewczynki w podkolanówkach. A Ziuta z Małkini jeździ się puszczać do Warszawy za kasę. Ziuta i Zdzicho nie mają szans na obronę, sieć ich pożre, a potem pożrą ich sąsiedzi i znajomi i nikt nie wyjdzie na ulice, żeby przeciwko temu zaprotestować.
Niewykluczone, że Zdzicho i Ziuta krzyczą dziś podczas ulicznych manifestacji, że ACTA to zamach na wolność słowa, że cybersieć jest dobrem wspólnym, że nie wolno zamykać ludziom ust, że żadnej cenzury, żadnej kontroli, że w sieci wszystko powinno być wolno. Dziś krzyczą, jutro być może przeczytają, że jedno jest pedofilem, a drugie dziwką. Przecież każdy może tu napisać wszystko na każdego. Przecież o to Ziuta ze Zdzichem walczyli.

Ateny niech zdychają!

Nie będziemy umierać za Gdańsk – zdecydowali się Francuzi w 1939r. Wkrótce musieli umierać za Paryż, i to śmiercią bezsensowną i bezużyteczną, bo bezskuteczną A my, nad Wisłą, do dziś mamy wielopokoleniowy żal, że siostra Francja, że Legiony Dąbrowskiego przy Napoleonie, że Samosierra, że Chopin i Maria Leszczyńska, a nawet Maria Walewska… Udzieliliśmy im krwi i łoża swojego, a oni nie chcą za Gdańsk.

Nad Wisłą też nie chcą umierać. Za Ateny tym razem, ani za Rzym z Madrytem. Umierać nikt tu nikomu nie każe, nie ma mowy o bohaterskim „za wolność waszą i naszą”, podkreślaną na każdej patriotycznej akademii szkolnej. Ot, parę miliardów euro do Międzynarodowego Funduszu Walutowego dorzucić i to w ramach pożyczki (do odzyskania), a nie wspomożenia biednych. Mowy nie ma, niech sobie południowcy zdychają, skoro do tej pory żyli ponad stan. Niby sprawiedliwie, trzeba ponosić konsekwencje swoich decyzji, a jednak nad Wisłą to trochę fałszywie brzmi.

Na co dzień duma nas żebracza rozpiera, że udało się z wrażej Unii wytargać dziesiątki miliardów euro, bezzwrotnych kompletnie. Przemilczamy wstydliwie, że bierzemy kasę od wstrętnych Niemców, co nas przez wieki pokrzywdzili, od zdradliwych Francuzów, co kazali nam cicho siedzieć i za Gdańsk nie chcieli umierać, od egoistycznych Brytyjczyków, którzy kazali naszym z dywizjonów 302 i 303 iść won, kiedy już ci dla nich wygrali Bitwę o Anglię. Jakoś nie wstydzimy się, że jesteśmy na garnuszku tych mikroimperialnych mikromocarstw, a nawet czerpiemy z tego kasę i satysfakcję. Poczucie dumy narodowej schowaliśmy gdzieś w ciemny kąt podświadomości narodowej i napawamy się kasą.

I nagle przychodzi moment, że mamy okazję nie być znów żebrakami Europy, ale darczyńcami. Poczuć w sobie siłę i moc ofiarodawcy. I dumę, że wreszcie od nas – Polaków – zależy los jakiegoś innego narodu. I satysfakcję z tego, że słabsi oczekują od nas wsparcia, bo jesteśmy silniejsi. Poczuć się troszkę, jak Sobieski pod Wiedniem. I kiedy przychodzi ten moment, mówimy – wała. Nie wiem, czy to charakterystyczny dla Anglików pragmatyczny egoizm patriotyczny, czy typowo zaściankowo polskie: niech w chałupę sąsiada piorun strzeli, niech się spali, bo jemu się lepiej powodzi.

A solidarność? Ta wielka przez małe „s”? Z rozrzewnieniem wspominamy, jak przez dekadę lat 80. dary słali nam Francuzi, Belgowie, Niemcy i Szwedzi. Braliśmy garściami. Jest okazja, żeby ten dar serca przekazać dalej, bo już nie przymieramy głodem, a inni potrzebują pomocy. A my? A wała! Na razie wszystko, co chcemy pożyczyć Grekom, Włochom i Portugalczykom, to… wesołych świąt.

Zabij sobie bandziora

Dał nam przykład Łukaszenka, jak zabiiiiiijać ma-my! Gdyby posłuchać nawoływań Prezesa, to bylibyśmy drugim – po Białorusi – europejskim państwem, które za przestępstwa karze śmiercią. Świetne towarzystwo dla kraju, który chce uchodzić za demokratyczny.
O śmierci prawem usankcjonowanej, napisano i powiedziano już chyba wszystko. O konwencji praw człowieka, która wyklucza karę śmierci, o aspektach religijnych i filozoficznych, nawet kryminolodzy podpowiadają, że nie kara śmierci odstrasza przed popełnieniem zbrodni, ale nieuchronność kary. A socjolodzy trochę są zaskoczeni, że naród polski jest piekielnie restrykcyjny i w znacznej swojej części optuje za przywróceniem prawem usankcjonowanego zabijania. Esteci powinni podszepnąć: no, to jak? Będziemy wieszać, razić prądem, jak w Teksasie, rozstrzeliwać, jak na Białorusi, wstrzykiwać truciznę, jak w Ohio? A może ścinać, dusić, albo kamienować, jak lubią Talibowie? Zwolennicy kary śmierci uciekają od dyskusji o sposobie zabijania skazanych.

Temat znikąd, polityka oszalała. Jak się nie ma nic do powiedzenia o gospodarce, to się wyciąga karę śmierci, in vitro, aborcję, albo oprotestowuje krzyż. To w polityce pozwala zaistnieć, albo przedłużyć istnienie. Po tym, co zrobił Breivik, Norwegowie mają powód, żeby rozważać uśmiercanie zbrodniarzy. Ale my? I za co mamy zabijać? Rzym zabijał chrześcijan za to, że „wierzyli inaczej” i w jednego Boga, co podważało boską naturę cezara. W 1964 r. powieszono Stanisława Wawrzeckiego za udział w tzw. aferze mięsnej. W Chinach można dostać wyrok śmierci do ręki i strzał w potylicę za przestępstwa gospodarcze i za uporczywą krytykę oficjalnej „linii politycznej” państwa. Możemy też nad Wisłą obcinać ręce za kradzież, jak chce szariat. Czemu nie, wszak „linia jest słuszna”. Za co, za jaki rodzaj zbrodni, jak „ciężki gatunkowo”, chcą karać nasi zwolennicy kary śmierci? O tym też milczą.

Do niedawna Prezes i były Wiceprezes PiS, dla podniesienia zasadności swoich idei karania śmiercią, posiłkowali się nauką Kościoła. Tydzień po ich ostatnich publicznie głoszonych postulatach, Benedykt XVI zaapelował do świata o rezygnację karania śmiercią. A ks. Józef Kloch, rzecznik Episkopatu Polski, odesłał zwolenników karania śmiercią do uważniejszej lektury Katechizmu.

Zabić, żeby ukarać? Toż to przejaw bezsilności państwa. A jak się zabije niewinnego? Nick Yarris 23 lata spędził w celi śmierci, bo sąd „udowodnił” mu, że zamordował ekspedientkę. Po 23 latach udowodniono, że jest niewinny. Stracił „tylko” 23 lata życia, mógł stracić życie w ogóle. Bo człowiek (czyt. sąd) się pomylił. Zwolennicy kary śmierci przypisują człowiekowi (czyt. sądowi) cechę boską, czyli nieomylność. Cóż za pycha… Ale co tam Ameryka.! Dziś nie wyklucza się, że Zdzisław Marchwicki, „Wampir z Zagłębia”, powieszony w 1977 roku za 21 zabójstw, mógł być niewinny. Władza bardzo chciała opanować panikę na Śląsku i na gwałt potrzebowała sukcesu, Marchwicki pasował do portretu psychologicznego seryjnego zabójcy. To mu urządzono proces i powieszono. Winny był, czy niewinny? Wątpliwości były i są, a jak się zabija w świetle prawa, to wątpliwości być nie może.

Oko za oko, ząb za ząb, życie za życie. Można się cofnąć w kulturowym, cywilizacyjnym i etycznym rozwoju do czasów Hammurabiego. Tylko czy to będzie postęp?

Erotyczne sny senatora

A to aborcja, a to in vitro, kwestie rozrodczości i biblijnego „mnóżcie się i napełniajcie Ziemię”, ostatnio senator (elekt?) Kazimierz Jaworski rycersko stanął w obronie czci niewieściej, piętnując publicznie telewizyjny program Top Model. Jak model, i w dodatku top, to trzeba się rozebrać. Senatorowi się nie spodobało, że na wizji golizną się epatuje. Nawet taką w ograniczonym zakresie. Zaprotestował publicznie, interweniował w KRRiT. Zasugerował, że uczestniczki programu molestowane są, co też mu się nie spodobało. To akurat słusznie. Tylko protest niesłuszny, bo molestowania nie potwierdziły panie rzekomo molestowane. Swą troskę o stan moralny Narodu rozciągnął na związki partnerskie, legalność tzw. tęczowych marszów, etc.
Zainteresowania zawodowe (bo parlamentarne) pana senatora zastanawiająco kręcą się głównie wokół płci, erotyki i spraw łóżkowych. Ordynus rzekł by, że wokół d..y się kręcą. Dziadek Freud mógłby na temat id i ego pana senatora trochę poświntuszyć.

Co Naród ma z tej senatorskiej krucjaty moralności? Co ma z niej Podkarpacie? Trochę zażenowania i ironicznych komentarzy reszty Polski pod adresem „bastionu PiS”. Od okołodu…ch zainteresowań pana senatora nie przybył ani jeden kilometr drogi, ani jedno miejsce pracy, podatki nie spadły ani o promil, pomoc społeczna nie dostała nawet złotówki więcej, za kraty nie poszedł ani jeden bandzior, nie pojawił się ani jeden inwestor. I nie wiadomo, czy po czteroletniej aktywności parlamentarnej senatora komukolwiek życje się lepiej. Za wyłączeniem samego senatora.

I tak sobie można mnożyć przykłady niespełnionych po senatorach oczekiwań. Nie trzeba się znać na prawie, polityce wewnętrznej i międzynarodowej, można nie mieć pojęcia o finansach państwa, strukturze społeczeństwa i gospodarce. Można nie znać się na niczym, żeby trafić do parlamentu. Okazuje się, że czasem wystarczy mieć kaznodziejski zapał, determinację krzyżowców, radykalizm księdza Skargi i – mandat w kieszeni.

Trochę nam się pomieszały w kraju role społeczne. Od kiedy Kościół zajął się bardziej biznesem niż ewangelizacją, polityka zaczęła przejmować propagowanie Słowa Bożego i umoralniać naród za pomocą instrumentów prawnych. Bo słaba nasza wiara, skoro trzeba na jej straży stać z paragrafem w zbrojnej dłoni. Ja – na przekór tym tendencjom – wciąż jednak wolę posłuchać dobrego kazania niż kolejnego senatorskiego oświadczenia Kazimierza Jaworskiego.

Prezes musi zostać!!!

Balcerowicz musi odejść! – hasło nieodżałowanej pamięci „Samoobrony” stało się czymś pomiędzy bojowym zawołaniem politycznym a grepsem kabaretowym. „Prezes musi zostać” – hasło obronne i cichutkie, trafiające w aspekt magiczny języka. Bo – wypowiedziane, może stać się czynnikiem sprawczym. Jak zaklęcia. A poza tym przypomina deklarację Prezesa sprzed trzech lat: jak przerżniemy wybory w 2011 roku, to ustąpię. Nie ustąpi. Nie ma ani dokąd ani komu. Pierwsze, to prywatny dramat Jarosława Kaczyńskiego, drugie – dramat całej formacji politycznej. W ten sposób Kaczyński skazany jest na PiS, a PiS na Kaczyńskiego. Klincz polityczny, w którym uczestnicy duszą się wzajemnie, ale oderwać od siebie nie mogą.

Nikt tam nie chce przyznać, że prezes jest przyczyną sześciu kolejnych porażek wyborczych. Przy stale i od lat utrzymującym się ponadpięćdziesięcioprocentowym wskaźniku nieufności społecznej dla przywódcy, partia wodzowska nie ma szans na wygraną. Przy zerowej zdolności koalicyjnej, nigdy nie sięgnie władzy. Skazana jest na trwanie w wiecznej opozycyjności, aż do zaniku. Tymczasem ani chce ani może odejść. Bo dokąd? Wałęsa, Kwaśniewski osiągnęli szczyt, odeszli w glorii. Napieralski „zdołował” SLD, ale młody jest, będzie miał jeszcze czas powalczyć. Wielu innych odchodziło, bo miało dokąd. Giertych prowadzi świetnie prosperującą kancelarię prawną. Kaczyński nie ma dokąd wrócić. Do wyuczonego zawodu nie, bo nigdy nie był prawnikiem. Do rodziny nie, bo jej nie ma. W świecie politycznym jest – poza PiSem ostracyzmowany. I lata na to pracował.

Nieudolny wódz partii wodzowskiej, to nieszczęście samej partii. Jak smok jednogłowy. Dekapitacja grozi śmiercią całemu partyjnemu organizmowi. Jak rzekł był pretorianin wodza, Brudziński: „Nie ma PiS bez Kaczyńskiego”. Nie ośmieliłby się dodać: „Nie ma Kaczyńskiego bez PiS”, nawet gdyby tak myślał. W Platformie, w Sojuszu, nawet w PSL dość jest kandydatów na wodzów, tu detronizacja przywódcy nie grozi śmiercią formacji. Co najwyżej konfliktami wewnętrznymi. Prezes chciał być, jak Putin, którego podziwia, ale nie ten kraj i nie ten format przywódcy.

To osobisty dramat prezesa, bo odejść „na tarczy” nie chce, bo nie ma dokąd. Ustąpić „z tarczą” (po wygranych wyborach?) nie będzie mu dane. Jest i trzecie wyjście: przewrót pałacowy. Tyle, że pałac lojalny do bólu zębów, a zdradzających symptomy nielojalności skazuje się na banicję. Np. do Parlamentu Europejskiego. Sześć kolejnych przegranych aktów wyborczych i zero refleksji po porażkach sugerują, że PiS z prezesem będą powoli, acz we wzajemnym uścisku, opadać na dno. I do końca wierny chór akolitów będzie się do prezesa modlił. Choćby w ten sposób: „Jarosław, Polskę zbaw!”. Ambitne, choć ten nie potrafi zbawić nawet swojej partii.

Polska kibolska

Donaldowi Tuskowi zawiesił się instynkt samozachowawczy i ruszył w lud prosty. W Polsce lud od wieków nie znosi każdej władzy, więc ruszenie Tuska było manewrem ryzykownym. Tym bardziej, że lud składał się gdzieniegdzie z kiboli, którzy poczuli siłę i mandat moralny i polityczny, nadany im przez posłankę Beatę Kempę, senatora Zbigniewa Romaszewskiego i innych z tej samej politycznej rodziny. Od kiedy rodzina uszlachciła kiboli mianem patriotów i prawdziwych Polaków, ci stali się poważną siłą polityczną w kraju nad Wisłą. Bodaj nigdy wcześniej i nigdzie bandyterka nie wybiła się (nie została wybita?) na sojusznika politycznego.

„Donald Matole, twój rząd obalą kibole!” – stało się zawołaniem łysych z bejsbolami. Paradoksalnie łysi z bejsbolami okazują nienawiść jedynemu w dziejach III Rzeczpospolitej premierowi, który jawnie wyraża nieskrępowaną miłość do futbolu, nawet sam praktykuje. Łysi patrioci z bejsbolami dotychczas nie okazali jawnie sympatii swoim obrońcom i opiekunom politycznym, a przecież mogliby zaryczeć chórem: „Jarek na idola! Bandyty i kibola!”. Paradoksalnie (znów!) wódz obrońców kibolowej braci nie ma pojęcia o piłce nożnej, ale nienawiść i sympatie na stadionowym „młynie” wymykają się racjonalnym uzasadnieniom i są kompletnie niezależne od IQ. O ile w przypadku bywalców „młyna” można mówić o IQ. Wystarczy, że Prezes wziął w obronę ich prawo do swobody wypowiedzi i okrzyków „Donald matole”, które to prawo rozciągnęli sobie również na „Śmierć garbatym nosom”, „Jihad Legia”, albo może coś ze Śląska Wrocław: „Waszym domem Auschwitz jest, j….ć, j….ć RTS, bo czerwona k…a ta pójdzie dzisiaj do pieca”. Prezes jakoś nie protestuje. Po co drażnić pewnych wyborców tuż przed 9 października.

Jak bardzo trzeba się w polityce zeszmacić, żeby w parciu do władzy umizgiwać się do bandytów, przestępców, gangsterów, dilerów narkotykowych? I jaką legitymację moralną będzie miała władza, wybrana przez takie towarzystwo? Ci, jeśli są w stanie obalić rząd – jak zapowiadają – to może są w stanie powołać nowy? Przed czterema laty Kaczyński zarzucał Tuskowi, że 90 proc. skazanych głosowało w wyborach parlamentarnych na PO. Tylko PO wcale o te głosy nie zabiegało. Dziś PiS kokietuje antysemitów, rasistów i bandytów. Czyli patriotów i prawdziwych Polaków. Boże, miej w opiece tych nieprawdziwych.

PS. Powyższe dotyczy kiboli, a nie kibiców. Poniższe wpisy będą również deklaracją, do której z tych grup autor zalicza sam siebie.

Tak żyć, panie Stasiu!

Piękna ustawka. Nawet dwie. Najpierw osławiony Stanisław Kowalczyk, czyli Paprykarz mazowiecki, dopada premiera Tuska i pyta: Jak żyć, panie premierze? Zupełnie przyzwoite aktorstwo, dramatyzm w pytaniu, sugerujący, że pan Stanisław jest w stanie permanentnej głodówki, wieloletnio bezrobotny i bez prawa do zasiłku. Potem okazuje się, że wichura zwiała mu kilka ha folii i oczyściła owych kilka ha z papryki. Jak żyć, panie premierze? obiegło wszystkie media, pan Staś stał się bohaterem doniesień medialnych.

Potem nie wiedzący, jak żyć pan Stanisław trafił na konwencję PiS, a potem konwencja PiS gościła u pana Stacha w Woli Wrzeszczowskiej. Konwencja, z Prezesem na czele, weszła do potężnej chałupy pana Stacha, w której witała Konwencję uśmiechnięta żona pana Stacha, która nie sprawiała wrażenia, jakby nie wiedziała, jak żyć. Panu Stanisławowi Konwencja uścisnęła prawicę, choć nawet samemu Prezydentowi RP nie ściska. Stoły gościnne uginały się od jadła, co sugerowałoby, że pan Stanisław może nie wie, jak żyć, ale jak się odżywiać, wie doskonale. Dyskretny kominek w tle, plazma na ścianie, z której jednakże trudno się dowiedzieć, jak żyć. Aż tu nagle i niespodziewanie pod dom pana Stacha zajeżdża cós i przywozi 600 kg folii dla pana Stacha. Potem Prezes do spółki z panem Stachem błogosławią wójta gminy Przytyk, pana „Wszystko Mogę” lub Wszechmocnego, który dla pana Stacha folię załatwił. Konkluzja: rząd z Tuskiem nie może nic, a wójt gminy może. Tomasz Poręba, szef sztabu wyborczego PiS, nawet nie ukrywał, że pan Stach w tej kampanii, to efekt zbiorowego wysiłku intelektualnego całego sztabu wyborczego.

Trza mieć tupet, panie Stachu! Gość z domem, jak marzenie, kominkiem i plazmą na ścianie, uśmiechniętą (bynajmniej nie z głodu) żoną i pełnymi stołami, chyba jednak wie, jak żyć. Raz błysnął pytaniem w telewizji, przyjechał Prezes, a wójt za friko dostarczył folię na tunele. Folia też za friko. Pan Stachu pojechał po bandzie, bo Caritas Ziemi Radomskiej od połowy sierpnia rozdawał poszkodowanym plantatorom folię, było tylko brać. Do udowodnienia na stronie internetowej Urzędu Gminy Przytyk. Pan Stachu nawet nie musiał pytać: jak ją sobie przywieźć. Gratulacje, panie Stachu! Tak żyć! Głośny epizod w tv otwiera wiele drzwi, wpuszcza na salony i dostarcza folię. Bezkosztowo. Wszystkim tym bezrobotnym ze śląskich familoków, z upadłych pegeerów na Pomorzu, bezdomnym ze schronisk, wszystkim im pan Stachu powinien udzielać korepetycji pt. „Jak żyć”.
Bo ciemny lud już to kupił.

Nie chce mi się z tobą gadać

Prezes już dawno przestał być politykiem i zaczął być celebrytą. Media raz po raz polują na Prezesa, bo a nuż znowu coś palnie, co wywoła skandal. Może coś o kondominium, coś o zakamuflowanej opcji, coś o swoich butach, może pokaże, gdzie stało ZOMO, może wyskoczy do sklepiku osiedlowego na zakupy, których nie robił od lat. I znów zapomni o mleku dla kota.

Media już dawno przestały traktować Prezesa, jako polityka, a traktują, jak skandalistę, który przebije się na czołówki gazet i do czasu antenowego w prime time. Może znów kogoś obrazi, albo w ogóle się obrazi na cały świat, że go nie kocha, nie rozumie i nie chce. Prezesowi najlepiej jest w gronie akolitów, pretorian i potakiwaczy, którzy będą go wielbić i skandować jego imię.

I to jest żywioł Prezesa, bo Prezes nie lubi atmosfery mu niesprzyjającej, nie lubi konfrontacji i nieakceptacji. I w żadnej debacie z byle premierem uczestniczyć nie będzie. Z komuchami z SLD też nie. A ze zdrajcami z PJN to już z pewnością. Z chłopakami z PSL mógłby, ale chłopy pobaranieli i pogłupieli w stolicy, skumali się z liberałami platformianymi, z nimi też nie warto gadać. Sam ze sobą pogada w Polsacie, bo tylko sam dla siebie stanowi godnego zawodnika. I przekonany jestem, że zbierze więcej widzów, niż debata reszty sił politycznych w TVN. Bo gawiedź rzuci się na szansę kolejnego łatwego skandalu, konkrety jej nie interesują. Tak jak bardziej interesuje ją baba z brodą niż „Dama gronostajem”.

Prezes boi się konfrontacji, ale premierem chce być. Premier Prezes musiałby stanąć do konfrontacji z Putinem o europejską politykę wschodnią. Ja się nie przestraszy. Z Cameronem też trzeba by się wadzić o europejską politykę rolną. Jak się nie będzie bał. Z Sarkozym wykłócać o relacje z USA. Jak go strach nie obleci. Więc po co komu premier, który nie ma odwagi stanąć do konfrontacji na ojczystym podwórku? Tym bardziej nie będzie miał odwagi zagrać przeciwko silniejszemu przeciwnikowi na boisku europejskim. Zaiste – „Polacy zasługują na więcej”.

Śmierć nie jest słodka

Powstanie Warszawskie to „katastrofa narodowa”, z której winniśmy wyciągnąć wnioski – o minister spraw zagranicznych. „Powstanie Warszawskie to jedna z największych klęsk w dziejach naszego narodu” – to prezydent Stalowej Woli. Wciąż jeszcze niemal soliści w swoich poglądach, ale i w tłumie milczących słuchaczy znalazłoby się wielu, którzy zaśpiewaliby na tę samą nutę. Bo jak można wysłać do piachu 200 tysięcy ludzi, żeby osiągnąć cel nieosiągalny? Z głęboko pochylonym czołem trzeba czcić pogardę śmierci i bohaterstwo tych chłopców i tych dziewczynek, które w imię wolnej ojczyzny ze starym visem i butelką benzyny biegli na hitlerowskie czołgi. I nie wolno stawiać pomników tym, którzy tę dzieciarnię w bezsensowny bój posłali. Bo niczego nie nauczyli się z historii swojej ojczyzny, a za swoje niedouczenie kazali płacić innym.

Apologetów bezsensownych zrywów patriotycznych wciąż nie brakuje. Sławimy powstańców styczniowych, choć powstanie wybuchło niemal wyłącznie dlatego, że konspiratorzy bali się dekonspiracji. Wieszcz Mickiewicz może sławić pamięć o powstaniu listopadowym, ale jakoś jemu samemu do brony było niespieszno. Kilka miesięcy nasłuchiwał w Rzymie „co tam panie na froncie”, a kiedy wybrał się już na odsiecz powstańcom, to przez pół Europy. Jak już dotarł, to było po wszystkim. W opracowania krytycznoliterackich do dziś uchodzi za niemal wzorzec patriotyzmu. To Horacy napisał w „Pieśniach” – „Jak słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę”. Nigdy za nią nie umierał, nawet nie próbował umierać. Zwiał z pola bitwy pod Filippi. Apologetów heroicznego umierania za cokolwiek, także za ojczyznę, można szukać wyłącznie wśród żywych. Martwych nikt nie pytał, czy „słodko im było umierać”. A tylko oni mogą odpowiedzieć na pytania – czy warto było.

Od dwóch stuleci pokutuje w nas romantyczne przekonanie, że „słodko i zaszczytnie jest”, że najwyższą formą patriotyzmu jest wyzionąć ducha z okrzykiem „za wolność waszą i naszą”. No, umierać to my naprawdę potrafimy, za ojczyznę szczególnie. Tylko życie dla niej jakoś nam nie idzie i jakoś żyć dla niej się nie nauczyliśmy. Może rzeczywiście “warto wyciągnąć lekcje także z tej narodowej katastrofy” – jak chce minister Sikorski. Żeby w przyszłości nie było potrzeby wysyłania kolejnych 200 tysięcy ludzi na śmierć. W imię niczego, bo ojczyzna nie miała z tej hekatomby żadnego pożytku.