ACTA ad acta?
Poruszenie ogólnoświatowe, okazja, by wyjść na ulice, zdemolować co nieco, pokrzyczeć w imię wolności słowa i swobód obywatelskich. To jak usiłowania gaszenia kurnika, kiedy wokół płonie cała wieś. Wystarczy przeczytać „Hakera” Kevina Poulsena, żeby zrozumieć, że niekoniecznie rządy i nie służby specjalne są największym zagrożeniem sieci internetowej. A facet wie, o czym pisze, skoro dostał najwyższy w USA wyrok za hacking.
Wysyłasz maila, wchodzisz na stronę internetową, kupujesz za pomocą karty kredytowej? Namierzy cię średniej sprawności haker, czego dowiodła redakcja News of the World, włamując się do skrzynek mailowych prywatnych osób, hakując ich sms-y. Jak Antifa tworzyła tzw. „listę faszystów”? Śledziła internetowe zakupy, dokonywane w sklepach, które uznała za „brunatne”. W ten sposób świat poznał imiona, nazwiska, adresy Bogu ducha winnych ludzi, których okrzyknięto faszystami. Nikt ich za to nie przeprosił. Banki, a czasem także ich klienci, tracą rocznie dziesiątki milionów dolarów, bo sprawny haker potrafi wyczyścić konta osobiste klienta. Podziemny świat Internetu zna pojęcie cartingu, kradzieży danych z kart kredytowych. To nie są incydenty, to cyberprzestępczy rynek światowy, na którym sprzedaje się i kupuje się pakiety danych z setek, czasem tysięcy kart kredytowych na raz. Wystarczy zapłacić kartą w restauracji, kupić cokolwiek w sklepie internetowym, zapłacić kartą na stacji benzynowej.
Średnio nawet sprawny haker może poczytać twoją korespondencję mailową i poznać twoje zainteresowania na podstawie tylko tego, na jakie strony internetowe wchodzisz. Kliknij, a znajdą cię. Pharming, phishing, kradzież danych, których kilkaset megabajtów można sprzedać (też w sieci) za kilkadziesiąt euro… Porzućcie wszelką nadzieją na cyberbezpieczeństwo wszyscy, którzy wchodzicie do sieci. Tu każdy każdego może opluć, spotwarzyć, pomówić, obrazić, odebrać mu dobre imię, skłócić z bliźnimi, „dać fałszywe świadectwo przeciwko bliźniemu swemu”. I może to zrobić niemal zupełnie bezpiecznie, bo niemal zupełnie anonimowo. Obronić się przed tym nie sposób.
Czym wobec całego tego podziemia internetowego jest ACTA? Jakimś niepoważnym deklaratywnym porozumieniem rządów, które w interesie twórców, artystów i ich agentów usiłują zapanować na kompletnym chaosem własności intelektualnej w sieci. Lata miną, zanim ACTA przebierze jakiekolwiek konkretne ramy prawne i kiedy mogłaby być prawnie egzekwowalna. O ile w ogóle do tego dojdzie. Przez te lata każdy użytkownik sieci może nieskończoną liczbę razy zostać dokładnie prześwietlony (i okradziony z pieniędzy i danych) przez cyberpodziemie. Albo hakerów hobbystów. ACTA nie jest żadnym zagrożeniem wobec tych zagrożeń, jakie codziennie płyną z sieci. I przeciwko którym nikt nie wychodzi protestować na ulicy. Nikt na ulicach nie ujmuje się za tymi, którym cybernagonga internautów niezasłużenie zrujnowała życie i kariery. A przecież wystarczy wrzucić na fb lub nk, że Zdzicho z Woli Górnej, o numerze tel…, to pedofil i lubi małe dziewczynki w podkolanówkach. A Ziuta z Małkini jeździ się puszczać do Warszawy za kasę. Ziuta i Zdzicho nie mają szans na obronę, sieć ich pożre, a potem pożrą ich sąsiedzi i znajomi i nikt nie wyjdzie na ulice, żeby przeciwko temu zaprotestować.
Niewykluczone, że Zdzicho i Ziuta krzyczą dziś podczas ulicznych manifestacji, że ACTA to zamach na wolność słowa, że cybersieć jest dobrem wspólnym, że nie wolno zamykać ludziom ust, że żadnej cenzury, żadnej kontroli, że w sieci wszystko powinno być wolno. Dziś krzyczą, jutro być może przeczytają, że jedno jest pedofilem, a drugie dziwką. Przecież każdy może tu napisać wszystko na każdego. Przecież o to Ziuta ze Zdzichem walczyli.

